Buntownicy z sieci

Ocena użytkowników:  / 0
SłabyŚwietny 

Edwin Bendyk

polityka.pl

BUNTOWNICY Z SIECI

Sieć wszystkich i wszystkiego

Cyfrowa rewolucja zmieniła postrzeganie rzeczywistości. Rzecz nie tylko w tym, że coraz trudniej odróżnić prawdę od fałszywych informacji. Nieodwracalnie zmienia się przestrzeń, przekształcając w hybrydowy, wielowymiarowy twór.

Dwie osoby siedzą razem przy stole w kawiarni na Rynku w Krakowie, każda wpatruje się w ekran swojego smartfona. Gdzie są, gdy na nie patrzymy? Ich ciała można łatwo zlokalizować, zarówno odnosząc do konkretnego miejsca, jak też używając współrzędnych GPS. Gdzie jednak są ich osoby – świadome, czyli myślące i komunikujące się formy istnienia?

Czy są w kawiarni razem, ale osobno, za pomocą smartfonów porozumiewając się ze swoimi społecznymi światami, czy też zanurzone są we wspólnej sieci poszerzonej o przyjaciół, których ciała w tym samym momencie mogą znajdować się w Warszawie, Londynie lub Pcimiu? Wagę tego niewinnego pytania ujawniły niedawne protesty „żółtych kamizelek” we Francji. Zainicjowane w serwisach społecznościowych, szybko zmaterializowały się pod postacią ugrupowań wściekłego tłumu blokującego autostrady, skrzyżowania i główne place francuskich miast.

Bez centrum dowodzenia, bez formalnej struktury partyjnej lub związkowej organizującej bunt, rzesze protestujących potrafiły zmieniać taktykę, przegrupowywać się i podejmować walkę z siłami porządkowymi mierzącymi się z pytaniem: gdzie i kim są protestujący? Jak ważne było to pytanie, ujawniały kwestionariusze policyjne z przesłuchań zatrzymanych: obok casseurs rozwalających wszystko, co znajdą po drodze, wśród aresztowanych znaleźli się zwykli mieszkańcy francuskiej prowincji, drobni sklepikarze i pracownicy usług, którzy po raz pierwszy w życiu wyszli na ulice, by wyrazić swój gniew.

Podobnie działo się w 2011 r. w Londynie, choć wówczas inne były motywy i przekrój społeczny uczestników buntu, który ogarnął wiele dzielnic miasta. Dodatkową trudność sprawiał policji fakt, że buntownicy posługiwali się głównie smartfonami Blackberry, które umożliwiały darmową komunikację między ich użytkownikami, niedostępną jednak metodom policyjnego elektronicznego monitoringu. Służbom porządkowym znacznie więc trudniej było nadążać za dynamiką samoorganizującego się tłumu.

Inteligentny tłum

Nic nowego – stwierdzi obserwator współczesności, wszak już w 2002 r. Howard Rheingold opublikował książkę „Smart Mobs. The Next Social Revolution” (Inteligentne tłumy. Kolejna rewolucja społeczna). Badacz analizował w niej zjawisko spontanicznej kooperacji wzmożonej nowymi środkami komunikacyjnymi: internetem i telefonami komórkowymi. O smartfonach jeszcze nikt nie marzył, a komórka służyła głównie do rozmawiania i wysyłania esemesów. To jednak wystarczało, by koordynować protesty w Seattle w listopadzie 1999 r., kiedy „inteligentny tłum” doprowadził do przerwania obrad szczytu WTO. Podobnie stało się w 2001 r. na Filipinach, kiedy tłum skrzyknięty na ulice Manili doprowadził do odsunięcia od władzy prezydenta Josepha Estrady.

Rzeczywiście, przyglądając się mechanizmom działania samoorganizujących rzesz w Seattle w 1999 r. i w Paryżu w 2018 r. można stwierdzić, że różnice są niewielkie. A jednak w ciągu dwóch dekad doszło do niezwykłej przemiany przestrzeni antropologicznej i społecznej, czyli rzeczywistości zamieszkiwanej przez nasze ciała i osoby. Intuicje takich przemian wizjonerzy formułowali na długo przed upowszechnieniem nowych mediów. William Gibson, najważniejszy twórca cyberpunku i autor kultowego „Neuromancera” w tej właśnie powieści z 1984 r. spopularyzował pojęcie cyberprzestrzeni.

Rzeczywistość wirtualna czy świat online to kolejne próby nazwania przestrzeni, do której wkraczał człowiek siadający przed ekranem komputera. Autorzy tych opisów wyraźnie dostrzegali istotną różnicę między „realną” rzeczywistością, meat-space – przestrzenią ciał, a nowym rodzajem rzeczywistości kreowanej przez maszynę-komputer, zwłaszcza gdy został on zintegrowany z siecią połączoną z innymi maszynami. Ta dychotomia w postrzeganiu rzeczywistości ciągle istnieje, ulegają jej nawet badacze społeczni mierzący z uporem, ile czasu spędzamy w „realu”, a ile w „wirtualu”, choć nie ma to już wielkiego sensu i odwraca uwagę od ciekawszych zagadnień.

Na bezsens takich rozróżnień zwrócił uwagę już w 1997 r. Terry Deacon, amerykański antropolog i neurokognitywista w książce „Symbolic Species” (Gatunek symboliczny). Przekonuje w niej, że człowiek nie ma innego dostępu do rzeczywistości niż poprzez jej symboliczne reprezentacje. To znaczy, wszystko, co postrzegamy, jest rodzajem wirtualnej rzeczywistości wytwarzanej w umyśle. Deacon pisał: „opowiadamy historie o rzeczywistych doświadczeniach i wymyślamy opowieści o zdarzeniach wyimaginowanych, a nawet wykorzystujemy te opowieści, by organizować swoje życie. Dosłownie przeżywamy życie w, dzielonym z innymi, wirtualnym świecie”.

Tak naprawdę więc innego świata niż wirtualny nie znamy. To, co się zmienia, to rosnący udział mediów w porozumiewaniu się i przetwarzaniu symboli oraz informacji. Jako jeden z pierwszych przemianę tę próbował zbadać systemowo pochodzący z Katalonii socjolog Manuel Castells. W efekcie żmudnych analiz prowadzonych przez kilkanaście lat na całym świecie w latach 90. XX w. ogłosił trzytomowe dzieło „Wiek informacji”.

Uczony przekonuje w nim, że stare społeczeństwo przemysłowe bezpowrotnie skończyło się i zostało zastąpione społeczeństwem sieciowym. Główną substancją organizującą życie społeczeństwa sieciowego jest informacja cyrkulująca w globalnych sieciach teleinformatycznych. Władzę ma ten, kto kontroluje i programuje przepływy informacji. Cała reszta rzeczywistości musi dostosować się do tych przepływów, co oznacza przekształcenie podstawowych parametrów opisujących codzienne życie.

Miejsca poza miejscem

Castells przekonywał więc, że należy porzucić klasyczne pojęcie czasu, rozumianego jako liniowa sekwencja wydarzeń, na rzecz czasu bezczasowego, mierzonego rytmem działania cyfrowej sieci, w której wydarzenia niezależnie od geograficznego dystansu rozgrywają się jednocześnie, bo można je za pośrednictwem sieci jednocześnie obserwować, a nawet w nich uczestniczyć.

Porzucić także należy pojęcie przestrzeni rozumianej jako przestrzeń konkretnych miejsc – owszem, dla pojedynczych ludzi ciągle ma znaczenie, gdzie konkretnie w konkretnej chwili się znajdują. Nie ma to jednak znaczenia dla cyrkulujących w globalnej sieci informacji i kapitału. Dla nich liczą się węzły, w których podejmowane są decyzje, tworzona wartość, nowe idee i innowacje przekładające się na efekt kapitalistycznej akumulacji. Takimi węzłami są głównie współczesne metropolie, które jednak w przestrzeni przepływów przestają być miastami, czyli tworami o określonym terytorium, a stają się światowymi miastami sieciowymi oderwanymi od realnej, trójwymiarowej geografii.

Warszawa w sensie politycznym jest stolicą Polski, w sensie geograficznym jest stolicą Mazowsza, tak naprawdę, mierząc jej udział w przepływach decyzji dotyczących globalnego kapitału należy do pierwszej dziesiątki europejskich metropolii. Tak wynika z analiz programu Globalization and World Cities realizowanego przez Lougborough University. Ta pozycja w przestrzeni przepływów przekłada się bezpośrednio na warszawską przestrzeń miejsc, kształtując ceny nieruchomości poprzez popyt na przestrzeń biurową odpowiedniej jakości i popyt na mieszkania dla rosnących rzesz kosmopolitycznej klasy metropolitalnej, pracującej w kwaterach globalnych korporacji.

Wraz więc z rosnącą pozycją w przestrzeni przepływów maleje produkcyjna wartość służewieckiego Mordoru, bo rośnie popyt na usługi wyższego rzędu, a te – finanse i konsulting, suną do centrum, Nowego City powstającego na pograniczu Woli i Śródmieścia. Podobną enklawę, tylko w globalnym systemie produkcji wiedzy, tworzy dziś Kampus Ochota, największa koncentracja potencjału naukowo-badawczego w tej części Europy. Choć ów Kampus łatwo zlokalizować na planie Warszawy, to jednak o jego pozycji nie decyduje geograficzna lokalizacja, tylko znaczenie w przestrzeni przepływów.

Koniec miasta

Przestrzeń przepływów nieustannie się zmienia, a zmieniające się natężenie ruchu w sieciach oddziałuje bezpośrednio na morfologię współczesnego miasta. Jego struktura jest rozszarpywana na enklawy kształtowane pod wpływem logiki akumulacji wiedzy, informacji i kapitału. Stare Miasto w Krakowie jeszcze przed dekadą zamieszkiwały tysiące osób, obecnie mieszkańców zbierze się niespełna tysiąc, bo jego przestrzeń uległa turystyfikacji. Z kolei 70 tys. pracowników zglobalizowanego sektora usług biznesowych, jaki też powstał w Krakowie w ciągu kilkunastu lat, gentryfikuje przestrzenie do niedawna zamieszkane przez klasę robotniczą lub kolonizuje dawne obszary przemysłowe przekształcane w mieszkaniówkę.

Miasta próbują z różnym skutkiem wpływać na te procesy, nawet jednak tak potężne metropolie, jak Londyn, Nowy Jork i Paryż, są bezsilne wobec presji kapitału szukającego najlepszych miejsc do namnażania się. Jak wylicza Saskia Sassen, wybitna badaczka współczesnych miast, błyskawicznie rośnie kwota inwestycji w nieruchomości w globalnych metropoliach. Często polegają one na „parkowaniu” nadpłynnego kapitału – w efekcie całe kwartały Londynu straszą pustką, która wypełni się życiem, gdy nadejdzie lepszy czas.

Zanim jednak do tego dojdzie, rosnące inwestycje w nieruchomości wpływają na wzrost ich cen, co z kolei przekłada się na coraz większy koszt najmu i kupna mieszkań. W rezultacie zmienia się nie tylko morfologia miasta, ale także jego kompozycja społeczna. Krakowski Rynek pozbawiony tradycyjnej, społecznej substancji traci siłą rzeczy funkcję agory – naturalnego miejsca spotkań mieszkańców, służącego wytwarzaniu mieszczańskiej więzi – i zamienia w punkt na mapie atrakcji turystycznych. Podobnie dzieje się w Barcelonie i Wrocławiu.

Na te przemiany nakłada się przemiana przestrzeni informacyjnej. Martijn de Waal, holenderski badacz miast w epoce cyfrowej, zwraca uwagę, że tradycyjne miasto poprzez swoją morfologię, system organizacji przestrzeni i obecność w niej znaków pełniło rolę interfejsu – ekranu umożliwiającego mieszkańcom i gościom dostęp do miejskich funkcji. Dziś tę rolę przejmują smartfony – już nawet taksówkarze jeżdżą po mieście, wpatrując się w ekran mapy systemu nawigacji.

Miasto dla coraz większej liczby jego „użytkowników” przekształca się w zbiór punktów na cyfrowej mapie, która prowadzi z miejsca na miejsce bez konieczności uruchamiania wyobraźni przestrzennej. Wystarczy podążać za wskazówkami zainstalowanego na smartfonie systemu nawigacji. To jednak tylko początek. Badacze już obserwują, że „miasta” – najpierw kawiarnie i sklepy, a potem także obiekty turystyczne – zaczynają się dostosowywać do nowych interfejsów rzeczywistości i starają się wyglądać instagramfriendly, czyli tak, żeby wzbudzić pokusę zrobienia selfie z owym obiektem w tle.

Miasto jako przestrzeń przepływów kształtowanych przez cyrkulację informacji i kapitału spotyka się poprzez ekran smartfona z mieszkańcem współczesności. Kim on jest i w jakiej przestrzeni się porusza? Kanadyjski socjolog Barry Wellman pisze o usieciowionych indywidualistach – osobach uzbrojonych w mobilne urządzenia umożliwiające ciągłe bycie w sieci. To szczególne doświadczenie, bo usieciowiony indywidualista jest jednocześnie sam i cały czas z innymi.

W każdej chwili z trybu działania jednostkowego może przejść do działania zbiorowego – wystarczy, że przeczyta na Facebooku komunikat: „zbierzmy się na Majdanie Niepodległości” – tak napisał pięć lat temu w listopadzie 2013 r. Mustafa Najem, dając sygnał do ukraińskiej Rewolucji Godności. Tyle tylko, że gdy już ów usieciowiony indywidualista znajdzie się na Majdanie, to owszem jego ciało jest na placu, w konkretnym miejscu, ale jego osoba ciągle znajduje się także w sieci społecznej osób rozproszonych w innych miejscach.

Przestrzeń hybrydowa

Usieciowiony indywidualista jest cały czas zanurzony w przestrzeni hybrydowej, twierdzi wspomniany Castells. To przestrzeń wielowymiarowa, łącząca doświadczenie cielesnego zanurzenia w materialności świata z jego wirtualnością, czyli wymiarem symboliczno-informacyjnym. Ten właśnie aspekt – kontrola rzeczywistości poprzez informację – ma kluczowe znaczenie dla poruszania się po przestrzeni przepływów.

Cyfrowy interfejs łączący usieciowionego indywidualistę i jego osobistą przestrzeń hybrydową z przestrzenią przepływów współczesnego świata nie jest konstrukcją neutralną. Za ekranem smartfona kryją się algorytmy, kody i protokoły tworzące złożony mechanizm Społecznego Systemu Operacyjnego – tak Barry Wellman nazywa wszystkie aplikacje, z jakich korzystamy, komunikując się z innymi i ze światem. Mapa Google’a, którą posługujemy się, poruszając po mieście, cały czas uczy się nas i analizuje stan miasta w czasie rzeczywistym, by wskazać optymalną w danym momencie marszrutę.

Pytanie tylko o kryteria, jakimi posługują się algorytmy Społecznego Systemu Informacyjnego, wspomagając i w coraz większym stopniu przejmując kontrolę nad zachowaniami usieciowionych indywidualistów w przestrzeni hybrydowej. To pytanie ma znaczenie nie tylko dla rozumienia indywidualnej autonomii. Musimy się z nim zmierzyć, jeśli chcemy rozumieć zachowania zbiorowe, zwłaszcza tak gwałtowne, jak bunt „żółtych kamizelek”. Ile było w nich samoorganizacji, w jakim stopniu mogły być skutkiem świadomej manipulacji, a w jakim skutkiem działania nieznanej jeszcze dynamiki zjawisk sieciowych?

Mierząc się z tymi pytaniami, odkrywamy, że głównym problemem w udzieleniu odpowiedzi jest brak adekwatnego języka, ograniczenia wyobraźni i tempo zmian powodujące, że nawet dobre propozycje szybko tracą aktualność.