Jak wypuścić dzieci w dorosłość

Ocena użytkowników:  / 0
SłabyŚwietny 

Agnieszka Sowa

Polityka.pl

JAK WYPUŚCIĆ DZIECI W DOROSŁOŚĆ

Taktyka lisa

AGNIESZKA SOWA: – Mówimy o syndromie pustego gniazda, opisując reakcję rodziców na odejście dzieci z domu. Dlaczego używamy ptasich porównań? Przecież jesteśmy ssakami, a dojrzałe małpy żyją razem z rodzicami w stadzie.
JOLANTA BEREZOWSKA: – To prawda, jednak ich relacje się zmieniają. Mama małpa nie zrywa bananów wyrośniętym dzieciom. A jak jest stara, to dostaje pożywienie od nich albo od innych zdrowych i silnych członków stada.

Stada człekokształtnych, pierwotne plemiona, klany i rodziny wielopokoleniowe. Stosunkowo od niedawna dorosłe dzieci idą na swoje. Może dlatego to jest dla rodziców tak trudne?
Jest taka chińska bajka o rodzicach, którzy przychodzą do mistrza poradzić się, jak dziecko ma odejść z domu. Mistrz odpowiada, że to proste jak strzelanie z łuku: trzeba puścić.

A że kiedyś życie rodzinne wyglądało inaczej? Nie wszystkie dzieci zostawały w domu. Córkę wydawało się za mąż i szła mieszkać do rodziny męża. Albo do klasztoru. Jeden syn zakładał swoje gospodarstwo, inny pracował u ojca. Tyle że było więcej dzieci w rodzinie i najmłodsze po prostu musiało zostać, by zająć się starymi rodzicami. A dziś w większości rodzin jest jedno dziecko. Na nie przelewane jest dużo więcej uczuć i oczekiwań. Silniejszy jest podświadomy lęk, że kiedy ono odejdzie, to rodzice, starzy i słabi, zostaną sami.

Dzieci też się boją?
Prawie zawsze. Samodzielności, odpowiedzialności, trudnego życia, tego, że sobie nie poradzą bez rodziców. Większość pokonuje te obawy, ale są tacy, którym trudno jest wyjść z domu i oni najczęściej wymagają pomocy.

Jakie rodziny najczęściej przychodzą do terapeuty? Takie, gdzie problem z rozdzieleniem mają rodzice czy dzieci?
Częściej przychodzą po pomoc dzieci dorosłe, których rodzice nie chcą puścić z domu. Pamiętam np. bliźniaczki, studentki ostatniego roku. Miały jeszcze starszą siostrę, która też mieszkała z rodzicami i się nie buntowała. Zaprosiłam całą rodzinę do siebie. Rodzice traktowali wszystkie córki jak małe dziewczynki. W ogóle nie dostrzegali, że to dorosłe kobiety. Zwłaszcza matka.

Matkom jest trudniej?
Matki są opiekunkami. A w takiej tradycyjnej roli matka to kwoka ochraniająca pisklęta, przestrzega: „Nie rób tego, uważaj, to niebezpieczne”. To raczej ojciec zachęca: „Próbuj, dasz radę”. Ale czasem to ojciec nie puszcza dziecka. Może ono wyprowadzić się, oczywiście, ale ma przejąć kancelarię po ojcu. Albo firmę. Leczyłam dziewczynę, której rodzice mieli dużą firmę i ojciec ściągnął do niej wszystkie dzieci. A jej to nie odpowiadało, chciała się z tego wyzwolić, co nie było łatwe.

Są pewnie też powody natury psychologicznej, dla których rodzice chcą zatrzymać dzieci przy sobie?
Dr Milton H. Erickson, znany amerykański psychiatra, mówił: nie ma żadnej teorii. Jest rodzina albo człowiek, i dla nich stwarzamy teorie i szukamy rozwiązania. Ponieważ jesteśmy tak różni, nie może być uniwersalnych schematów.

Więc konkretny przykład. Rodzina z dwójką dzieci, syn już dorósł, wyprowadził się, usamodzielnił, nie było żadnych problemów. Córka była młodsza i bardzo utalentowana muzycznie. Więc mama rzuciła pracę, która nie była dla niej zbyt ważna, i woziła córkę na lekcje muzyki, koncerty, wyszukiwała konkursy, w których mogła startować, była jej kierowcą, sekretarką i agentką. Przez kilka lat całe jej życie toczyło się wokół spraw córki. I kiedy ta zadecydowała, że na studia muzyczne wyjedzie do innego miasta, matka nie mogła się z tym pogodzić. Nagle traciła sens swojego życia. I żadne argumenty nie przemawiały, nawet to, że studia w tamtym konserwatorium, o czym mówili wszyscy nauczyciele, były dla jej córki najlepsze. A jej przecież tak bardzo zależało na tym, żeby zrobiła muzyczną karierę. I kiedy jej poświęcenie i wysiłki przyniosły konkretne rezultaty, kiedy właściwie osiągnęła swój cel, kategorycznie nie chciała rozstać się z córką. Sytuacja była naprawdę bardzo trudna, bo córka nie chciała jej ranić i także bardzo cierpiała. I wtedy ta mama znalazła w parku cztery osierocone małe wiewiórki. Opowiadała, jak karmi je pipetką. To pozwoliło jej przetrwać ten najgorszy moment. Potem już było łatwiej.

Znalazła sobie nowe „dzieci”. Pasja, przyjaciele, coś, co wypełni czas i myśli, dotąd poświęcane dziecku, też pomogą?
Im więcej czasu matka, rodzice, poświęcają dziecku, tym trudniej wypełnić pustkę. Ale to nie jedyny powód. Szczególnie trudna sytuacja to taka rodzina, w której jedno dziecko zmarło. Następnego czy następnych rodzice nie chcą wypuścić, bo dla nich rozstanie oznacza coś ostatecznego. Z tym lękiem rodzice na ogół sobie sami nie radzą, konieczna jest pomoc terapeuty. Za niechęcią często kryje się też lęk o to, że dziecko sobie nie poradzi w tym wielkim, nieprzyjaznym świecie. Na przykład jeśli jest chore, ale mogłoby i chce żyć samodzielnie. Pomoc takiej rodzinie oznacza walkę z potrzebą rodziców, żeby to dziecko chronić. Ale znam też taki przypadek, kiedy córka, z poważnym ograniczeniem ruchowym, po paraliżu dziecięcym, nie miała żadnych problemów z odejściem z domu. Ale rodzice od początku wychowywali ją, jakby była zupełnie zdrowa. Oczekiwali i wymagali od niej jak od zdrowego dziecka. Miała chodzić, uczyć się, studiować. Nie widzieli w niej głównie tego, że ma kłopot z chodzeniem, tylko że jest sprawna intelektualnie, bardzo zdolna, ma zdrowe ręce i może o kulach wejść po schodach. Dostrzegali w niej siłę. Ta dziewczyna trafiła do mnie z powodu drobnego wypadku. Przewróciła się na ulicy i bardzo się tego wystraszyła. Ale poradziła sobie z tym szybko, bo miała mocną bazę. Rodzice zaszczepili jej wiarę, że jest w stanie normalnie, samodzielnie żyć. I to procentowało.

Tymczasem najczęściej zaszczepia się dzieciom lęk, że coś się im stanie, nawet jak są zupełnie zdrowe.

Tak zupełnie bez powodu?
Zawsze jakiś jest. Najczęściej zaszłość, już dawno nieaktualna. Tak było w przypadku rodziny z bliźniętami, które dopiero startowały w dorosłość. Rodzice fantastyczni, jeden chłopiec bez żadnych problemów, a z drugim ciągle jakieś. Długo nie mogliśmy zrozumieć, o co chodzi. Okazało się, że ten problemowy ledwo przeżył poród. I przez kilka miesięcy był słabszy. Od tamtej pory minęło kilkanaście lat, nikt już o tym nie pamiętał, ale rodzice na wiele rzeczy mu nie pozwalali, bo się o niego bali. Kiedy ponazywaliśmy ten lęk, oni zobaczyli, że mają dwóch zdrowych synów.

A samotni rodzice? Im chyba też jest trudniej?
Samotni rodzice – najczęściej matki – mają duży problem z przecięciem pępowiny, bo dziecko wypełnia cały ich świat. A bardzo trudno jest puścić cały świat, więc naprawdę są w bardzo trudnej sytuacji. Nie wiedzą, jak mają żyć. Poświęciły wszystko, całe życie, a teraz syn lub córka tak po prostu odchodzi. Trochę łatwiej jest, gdy dzieci jest więcej, wymieniają się jakoś i dają wsparcie temu samotnemu rodzicowi, żeby nie czuł się opuszczony. Gdy jest jedno dziecko i w dodatku chłopiec, jest jeszcze gorzej, bo on przecież tej matce zastępował partnera. Miałam w terapii 40-letniego mężczyznę, który mieszkał z matką. Był dla niej wszystkim, a on czuł się winny, że ona się dla niego poświęciła. Przyszedł do mnie, bo jednak chciał zacząć dorosłe, samodzielne życie, ale nie wiedział, jak to zrobić. Sam siebie oszukiwał, swoje mieszkanie z matką tłumaczył powodami ekonomicznymi. Ale oczywiście to była racjonalizacja niemająca wiele wspólnego z rzeczywistością. Z moim wsparciem udało mu się rozpocząć samodzielne życie. Matka usiłowała temu przeszkodzić, ale się wyprowadził, mieszka sam, jeszcze walczy z wyrzutami sumienia, których mieć nie powinien. Nie jest jego winą, że odchodzi, po prostu przyszedł na to czas. Na wszystko w życiu jest właściwy czas.

Normalne jest, że małe dziecko śpi z rodzicami. Ale siedmiolatek już nie. Dojrzali i odpowiedzialni rodzice muszą mieć świadomość tego, co na jakim etapie jest ważne i co trzeba zrobić. Kiedy wyrzucić smoczek i pieluchy. Później są kolejne umiejętności. Kłopot polega na tym, że szybciej jest zawiązać dziecku buty, niż czekać, aż samo to zrobi. Tymczasem rolą rodziców jest właśnie zostawianie dziecka z tymi butami, które trzeba zawiązać. I z kolejnymi zadaniami, stopniami do dorosłości. To jest oddawanie odpowiedzialności. A na odpowiedzialności za to, jak się ubieram, jak się uczę, co jem, buduje się przecież dorosłość. Przygotowanie dziecka do odejścia z domu i samodzielnego życia to zadanie na wiele lat.

Powinno być tak jak w bajce: kiedy syn miał iść w świat, ojciec zapakował mu do węzełka na drogę wszystko, co miał dobrego. Wskazówki, rady, mądrości. Od takich najprostszych rzeczy: jak się gotuje pomidorową, jak się uruchamia pralkę, po dylematy, jak żyć. To jest wychowanie dziecka. Dopiero z tym węzełkiem można je puścić w drogę. Są rodzice, którzy starają się, żeby w tym węzełku było jak najwięcej umiejętności: języki obce, gra na pianinie, jazda na nartach, tenis. Bardzo przydatne, ale niemające nic wspólnego z wychowaniem. Płatne lekcje nie uformują dojrzałego, odpowiedzialnego człowieka.

Kłopot jest, kiedy rodzic sam jest niedojrzały emocjonalnie i niewiele może do tego węzełka włożyć. Trzyma się kurczowo dziecka, tak jakby to była jego matka czy ojciec. Myli role. Nie dojrzał do roli rodzica przy swoich rodzicach i nie będzie w stanie dobrze wyposażyć na drogę swojego dziecka. Tworzy się wtedy niedobra sztafeta pokoleń.

Nie można przerwać tego zaklętego kręgu niedojrzałości?
Można, ale to trudne. Podobnie jest z przekazami transgeneracyjnymi. Trzymają się bardzo mocno. W Polsce zwłaszcza, ze względu na historię, wiele wojen, powstań, strat, te przekazy nie są korzystne. A mają silny wpływ na myślenie o świecie – podsycają lęki i niepokoje.

Statystyki pokazują, że coraz więcej polskich trzydziestolatków mieszka nadal z rodzicami.
Czasem jest to konieczność. Jeżeli po studiach młody człowiek zarabia 2 tys. zł, to nie da rady wynająć mieszkania i się utrzymać. I jeżeli mieszka z rodzicami, ale płaci swoją część, nie jest na utrzymaniu rodziców, żyje jak dorosły, to nie ma w tym nic tak bardzo złego. Ale jeżeli rodzice płacą za wszystko, to jest związanie: ja cię trzymam i ty się mnie trzymasz, bo to jest wygodne. Wszyscy się zatrzymują w tej rodzinie na etapie dorastania dziecka. 30- czy nawet 40-latek udaje, że jest znacznie młodszy i może wydawać pieniądze tylko na przyjemności, nie musi mieć na czynsz i na energię elektryczną. A rodzice dalej mają dziecko, przez co czują się młodsi, sami przed sobą udają, że nie mają 60 tylko 40 lat.

Uciekają w ten sposób przed starością?
Często u podłoża niezgody na wyprowadzkę dziecka jest nieuświadomiony lęk przed starzeniem się i w konsekwencji nieuchronną śmiercią. Zatrzymanie dziecka w domu to próba zatrzymania czasu. Tacy rodzice najczęściej sami są niedojrzali.

Ci dojrzali wyrzucają z domu?
Jak tata lis, który sam wychowywał swoje lisięta. Był trochę nadopiekuńczy, ale zorientował się, że małe liski już dorosły i pora, by poszły w świat. Nie mogli wszyscy razem polować na tym samym terytorium, boby nie przeżyli. Więc zaprowadził swoje dzieci na inną polanę i tam je zostawił. Po chwili jednak wszystkie wróciły do nory. I tak kilka razy, aż w końcu tata lis pogryzł swoje dzieci, żeby się go bały i sobie poszły. Znam matkę, która zastosowała takie lisie metody. Syn przerwał studia, twierdził, że musi się zastanowić, czy architektura to właściwy kierunek, i zalegał w domu, ani się nie uczył, ani nie pracował. Ona przestała kupować i robić jedzenie, w lodówce było tylko światło. Bardzo była dla niego niedobra – czego mogła nie dać, to mu nie dała. No i zebrał się w sobie, wrócił na studia. A jak je skończył, to poszedł do pracy i się wyprowadził.

Nie jest łatwo tak się zachować?
Miałam w terapii rodzinę, która zgłosiła się, bo ich syn, co prawda mieszkał osobno, ale uważał, że rodzice mają go utrzymywać. I to na wysokim poziomie. Rozwodzili się, kiedy on był nastolatkiem. Oboje czuli się winni, więc dawali. Dzieciak miał wszystko, zanim jeszcze zdążył pomyśleć, co by chciał. I przyzwyczaił się do tego. Później też chcieli mu pomagać finansowo, stać ich było na to, ale uznali, że to nie powinno być tak, że będą spełniać każdą zachciankę dorosłego mężczyzny. Mieliśmy dość trudne rodzinne negocjacje. Rodzice musieli nauczyć się odmawiać i nie mieć poczucia winy z tego powodu. A on musiał zrozumieć, że za dużo od rodziców oczekuje.

Niewątpliwie w rodzinach o lepszym statusie materialnym częściej zdarza się roszczeniowa postawa dzieci, dorastających i dorosłych. W uboższych dziecko szybko się uczy, że jak sobie samo nie nazbiera bananów, to nie będzie ich mieć. A jak w rodzinie nawet nie biednej, tylko średnio uposażonej jest więcej dzieci, to już zupełnie oczywiste zarówno dla dzieci, jak i rodziców jest to, że muszą odejść, żyć samodzielnie i same się utrzymywać.

Rodzice często czują się winni, jeśli muszą czegoś odmówić dorosłemu dziecku?
I to nie tylko wtedy, gdy chodzi o pieniądze. Dorosłe dzieci często wykorzystują rodziców, zatrudniając ich jako opiekunki i opiekunów do wnuków. I nie ma w tym nic złego, jeśli odpowiada to obu stronom. Ale zdarza się, że przychodzą do mnie prosić o pomoc rodzice, którzy czują się nadmiernie wykorzystywani, po prostu zmęczeni, chcieliby żyć własnym życiem, nie tylko niańczyć wnuki. Mimo to nie potrafią powiedzieć dziecku „nie”, a gdy już się do tego zbiorą, to spotykają się z oburzeniem ze strony dzieci, które uważają, że opieka nad wnukami to jest ich obowiązek.

Są jednak rodzice, którzy mówią: nareszcie sobie poszli, możemy teraz żyć własnym życiem. Co zrobić, żeby mieć dobre relacje z dorosłym dzieckiem?
Nie dzwonić. Jak przyjdzie, bo się życiowo przewróciło, pocieszyć. I zachęcić, żeby szło dalej. Nie oczekiwać, że będzie z nami spędzać swój wolny czas. Dorosłe dziecko nie jest przyjacielem rodzica. Od spędzania wolnego czasu ma swoich przyjaciół, partnera życiowego. Relacje mogą być bardzo przyjazne, poza tym, że dziecko się kocha, często się je po prostu lubi, jako człowieka, i to samo dorosłe dziecko może odczuwać w stosunku do rodziców. I bardzo dobrze. Ale to nie jest relacja przyjacielska. Jeżeli taką tworzymy z dzieckiem, to jest to zamiana ról. Matka musi mieć swoje przyjaciółki i im się zwierzać, a nie córce. Bo takie zwierzenia córkę obciążają. W pewne tematy nie można wciągać dzieci, nawet dorosłych. Rodzicom dzieci mogą zrzucić na barki swoje kłopoty. Ale już rodzice dzieciom nie.

To jest jedyna właściwa hierarchia. Zmienia się tylko w momencie, gdy rodzice, jak kiedyś dzieci, wymagają stałej opieki i wsparcia w chorobie, w starości. Wtedy te role się odwracają, ale wtedy już dzieci nie oczekują pomocy od rodziców. I już nie mówią im o trudnych sprawach, problemach, chronią starych rodziców przed tym, co mogłoby ich zmartwić, zdenerwować. Tak jak kiedyś rodzice ich chronili. Rodzice wchodzących w dorosłość dzieci – to szalenie ważne – powinni być w odwodzie, w tle. Tak by to dorosłe dziecko wiedziało, że w razie czego zawsze może liczyć na wsparcie, pomoc, radę. Ale tylko gdy o to poprosi. Rodzice nie mogą się narzucać z pomocą, z kontrolą, z obecnością. Muszą się po prostu wycofać.

Dr Jolanta Berezowska, jest psychiatrą i psychoterapeutką. Założycielka Centrum Psychoterapii i Uważności, nauczycielka w Polskim Instytucie Ericksonowskim.