Jak nie zostać niewolnikiem własnego smartfona

Ocena użytkowników:  / 0
SłabyŚwietny 

POLITYKA.PL

Mariusz Herma 13 marca 2018

Jak nie zostać niewolnikiem własnego smartfona

Jak przechytrzyć smartfon

W ciągu dekady smartfony stały się tak sprytne, że to raczej one kontrolują nas niż my je. Przybywa jednak pomysłów, jak uzdrowić te relacje.

Wyobraź sobie – proponuje Nicholas Carr, amerykański badacz internetu i autor słynnej książki „Płytki umysł” – połączenie gazety, telewizora, radia, skrzynki pocztowej, albumu ze zdjęciami, biblioteki publicznej oraz imprezy, w której biorą udział wszyscy twoi znajomi. Wciśnij to wszystko w jeden niewielki, migoczący przedmiot. Dokładnie tym jest smartfon. Nic dziwnego – usprawiedliwia Carr – że nie możesz się od niego oderwać.

Konsekwencje znamy. Liczne publikacje naukowe z ostatnich lat dowodziły, że nadużywanie smartfonów może prowadzić do depresji, odbiera nam radość z wolnego czasu, a w pracy uniemożliwia skupienie. Nawet odgłos dzwonka dochodzący z sąsiedniego pomieszczenia wystarczy, by się zdekoncentrować. A gdy odzywa się twój telefon i nie możesz lub nie chcesz go odebrać, twoje ciśnienie podskakuje, puls przyspiesza, myślenie wyhamowuje. Szkoła? Samo trzymanie telefonu na biurku podczas sprawdzianu może obniżyć jego wynik o cały stopień. Randka? Wyjęcie telefonu automatycznie spłyci rozmowę. Bo po co rozpoczynać poważny temat, skoro w każdej chwili ktoś lub coś może przerwać wątek. Nawet ostentacyjne wyciszenie lub wyłączenie telefonu nic tutaj nie zmienia. Podświadomość tym silniej będzie szacować utracone korzyści. „Smartfon stale przypomina nam o tym wszystkim, czym moglibyśmy się właśnie zajmować, i o tych wszystkich, z którymi moglibyśmy właśnie czatować” – mówi Carr.

Za kluczowy uznaje psychologiczny termin „istotność”, często przywoływany podczas dyskusji o smartfonach. Ludzki umysł za „istotne” uznaje wszelkie nowe, intrygujące zjawiska. Dlatego tak chętnie ulegał mediom poprzednich generacji. Nawet wyłączone telewizor czy radio obiecywały „niekończący się strumień informacji i wrażeń”. Oferta smartfona przerasta jednak wszystko, co dotąd znaliśmy. Specjalizujący się w tym temacie amerykański psycholog Adrian Ward mówi wręcz o „superbodźcowaniu”. Smartfon „hakuje” naszą uwagę, ilekroć otrzyma tylko do niej dostęp.

Hakowaniem umysłów wprost nazywają swoją pracę smartfonowi projektanci i programiści. Doskonale rozumieją, jak działa ludzki umysł, i za pomocą swojego oprogramowania potrafią skłonić nas do postępowania w pożądany przez nich sposób. Spójrzmy na same kolory. Wielkie koncerny z Doliny Krzemowej, na czele z Google i Facebookiem, coraz głębiej sięgają po neuronaukę, aby sprawdzać, jak mózg użytkownika reaguje na wyświetlane w aplikacjach komunikaty w zależności od koloru danej ikonki czy przycisku. Co wywołuje poczucie przyjemności? Co zatrzymuje wzrok o ułamek sekundy dłużej?

Dwa lata temu serwis Instagram wymienił słynną szaro-brązową miniaturkę aparatu fotograficznego na bardziej enigmatyczną, za to pstrokatą ikonkę mieniącą się odcieniami fioletu, różu i pomarańczu. Użytkownicy i technologiczni recenzenci zgodnie protestowali, ale serwis nie zamierzał rezygnować z wizualnej rewolucji. „Kolor i kształt są kluczowe dla przyciągnięcia uwagi, a uwaga jest nową walutą świata” – tłumaczył na łamach „New York Timesa” Thomas Ramsoy, szef duńskiej firmy Neurons, która specjalizuje się w badaniu fal mózgowych i ruchów gałki ocznej właśnie pod tym kątem. Jak tłumaczy, celem cyfrowych produktów jest „wywoływać pozytywne emocje i przyciągać uwagę użytkownika, ale bez doprowadzenia go do szaleństwa”. Największym klientem firmy jest Facebook. Kolorem powiadomień w tym serwisie – podobnie jak większości innych portali społecznościowych – nie bez powodu jest czerwony. Telefony Apple i wielu innych producentów liczbę nieodebranych połączeń, nieprzeczytanych wiadomości czy niezaktualizowanych aplikacji także pokazują w czerwonych, alarmistycznych owalach. A na internetowych bannerach przycisk „wypróbuj” lub „zamów teraz” zazwyczaj ma czerwone tło.

Kolor a kwestia wyboru

„Kolor służy nam nie tyle do rozpoznawania obiektów, co do oceny, na ile dana rzecz może być dla mnie ważna” – mówił w wywiadzie z „Timesem” Bevil Conway z amerykańskiego National Eye Institute. Specjalizuje się właśnie w badaniu wpływu kolorów na emocje. Duża liczba kolorów i duży kontrast sprawiają, że ciągle jesteśmy utrzymywani w stanie podwyższonej uwagi. „Twój system percepcji bez przerwy mówi ci: spójrz, spójrz, spójrz, spójrz tutaj!” – tłumaczy Conway. Według niego na „wystrój” telefonu należałoby spojrzeć tak jak na wystrój mieszkania. A szczególnie salonu, w którym spędzamy najwięcej czasu. „Gdybym miał do dyspozycji pełną paletę kolorów, wybrałbym coś przyjemnego, ale nie uzależniającego, pozostawiającego mi wybór – mówi Conway. – Ale oczywiście druga strona nie chce dopuścić do takiego rozwoju sytuacji”.

Hakowaniem hakujących nazywają swoją radykalną, a zarazem dziecinnie prostą metodę ci, którzy od pokus wielobarwnego interfejsu postanowili umknąć w skalę szarości. Za radą słynnego „etyka internetu” i byłego pracownika Google Tristana Harrisa coraz więcej osób zmienia ustawienia systemowe swojego telefonu tak, by ograniczyć liczbę kolorów wyświetlanych na ekranie – i tym samym ograniczyć jego stymulujące działanie. Przestawienie się na szarość natychmiast osłabia odruch systematycznego sprawdzania telefonu i zaglądania do aplikacji, do których wcale nie zamierzaliśmy zajrzeć. „Wciąż kompulsywnie sprawdzam Twittera czy Snapchata, ale przestało mi to sprawiać przyjemność. No i zupełnie przestałem grać w gry mobilne” – pisał ekspert technologiczny „Guardiana”, który testował to rozwiązanie. „Kiedy czekam w kolejce na kawę, zwykle sięgam odruchowo po telefon. Ale ten szary klocek nie wydaje się już tak atrakcyjny!” – potwierdzał dziennikarz „New York Timesa”. Szef firmy Neurons przyznaje, że przestawienie telefonu na skalę szarości eliminuje kolorystyczne manipulacje i „przywraca użytkownikowi kontrolę nad własną uwagą”. Choć należałoby – dodaje – wyłączyć jeszcze dzwonki.

Barwy czy dźwięki to tylko najbardziej oczywiste instrumenty hakowania umysłu. Ale Harris porównuje sam zamysł smartfonów do działania jednorękiego bandyty. „Ilekroć sięgam po telefon, wchodzę do gry. Co tym razem dostanę?” – tłumaczy. Czasem nagrodę, czasem nic. I to jeszcze zwiększa ciekawość. Chodzi o to, by wyrobić w nas nawyk ciągłego wyciągania dłoni po więcej. Nowe polubienia na Facebooku? Nowi śledzący na Twitterze? Lawina rozkosznych emotikonek na rodzinnym czacie? Tak jak każdy z nich można porównać do przyjemnego łaskotania, tak niedobór tego rodzaju impulsów z czasem przeradza się w bolesne ukłucia. „Gdy odkładasz telefon, twój mózg wysyła polecenie zwiększenia wydzielania kortyzolu. Hormon ten ma wielkie znaczenie ewolucyjne, bo przez tysiąclecia mobilizował w obliczu zagrożenia do walki lub ucieczki” – tłumaczył w telewizji CBS psycholog Larry Rosen z California State University, którego zespół od lat przygląda się wpływowi nowych technologii na nasze emocje.

Z ich badań wynika, że do podobnej mobilizacji dochodzi także wtedy, gdy sięgniemy po telefon, ale nie zobaczymy żadnego powiadomienia, nic nowego nie wyświetli się na ekranie. „Wtedy kortyzol znów wkracza do gry i rodzi w tobie poczucie niepokoju. Chcesz go zredukować, więc na wszelki wypadek otwierasz Facebooka, Twittera czy Instagram” – mówi Rosen. Może jednak ktoś coś nowego napisał, skomentował, polubił? Ten sam hormon, który naszym przodkom pomógł przetrwać w świecie pełnym zagrożeń, teraz dla zaradzenia współczesnym lękom każe nam co pół kwadransa spoglądać na ekran.

Uległe umysły

Hakerzy umysłów dodatkowo podkręcają tę ruletkę, która wykorzystuje echa ewolucji i odkrycia psychologii społecznej. Np. Instagram nie pokazuje od razu wszystkich powiadomień o nowych polubieniach czy nowych znajomych. Często wstrzymuje je przez jakiś czas, by później zasypać nas cała lawiną dobrych wieści – o spójrz, zapomnieliśmy ci powiedzieć, że masz 50 nowych lajków! Dlaczego akurat teraz, a nie od razu lub jeszcze później? „Widocznie algorytm wywnioskował na podstawie twoich wcześniejszych poczynań, że zasypanie cię czerwonymi serduszkami właśnie w tym momencie wpłynie korzystnie na twoje dalsze zachowania w aplikacji” – tłumaczył jeden ze smartfonowych hakerów.

Takie ukryte mechanizmy stosują wszystkie większe serwisy społecznościowe. Smartfonowcy okazują się jednak ulegli nawet wobec jawnych zabiegów. Np. Snapchat pokazuje, przez ile dni z rzędu komunikujemy się („wymieniamy snapy”) z daną osobą. Ma to świadczyć o zażyłości. Jeśli choć przez jeden dzień nie wymienimy się żadną wiadomością, licznik się resetuje. Efekt jest taki – mówi Harris – że gdy dzieci wyjeżdżają na wakacje, wpadają w panikę. Bo mogą stracić zasięg, a wówczas liczniki zażyłości z przyjaciółmi się im wyzerują. Dlatego udostępniają swoje hasło kilku innym znajomym, aby podtrzymywali dyskusję w ich imieniu. To tylko jeden z przykładów tego, jak namacalny wpływ na codzienne zachowania użytkowników mają anonimowi programiści z Doliny Krzemowej.

Nigdy jeszcze w dziejach ludzkości tak mała garstka ludzi z tak małej garstki firm nie kształtowała tak bardzo tego, w jaki sposób miliardy ludzi myślą i czują każdego dnia. Jakie decyzje podejmują, patrząc w te swoje ekrany” – mówi Harris. Na początku lutego wraz z grupą innych byłych pracowników Facebooka i Google rozpoczął kampanię pod hasłem „Truth About Tech”, czyli „Prawda o technologii”. Poza działaniami w sieci grupa zamierza odwiedzić 55 tys. amerykańskich szkół, by ostrzegać przed uzależnieniami od smartfonów. Nie tylko uczniów, ale także nauczycieli i rodziców. Powstanie również serwis informacyjny dla programistów, którzy mają mieszane uczucia odnośnie do zadań, jakie wyznaczają im przełożeni. Na stronie znajdą informacje o długofalowym wpływie popularnych zabiegów technologicznych na zdrowie. I sugestie – jeśli mogą podejmować takie decyzje – jak ograniczyć szkodliwe skutki opracowywanego przez siebie produktu.

Twórcy kampanii przyznają, że zainspirowały ich akcje przeciwko paleniu czy nadużywaniu alkoholu. Dyrektor Salesforce – giganta tworzącego oprogramowanie do obsługi klientów dla największych firm na świecie – wzywa wprost do tego, by Facebook i inne tego rodzaju serwisy objąć podobnymi regulacjami, co producentów papierosów. W styczniu dwóch głównych inwestorów Apple apelowało o zbadanie, jak iPhone i inne produkty firmy wpływają na zdrowie użytkowników, szczególnie dzieci. Szef Apple oświadczył z kolei, że nie pozwoliłby swojemu bratankowi korzystać z Facebooka. A pierwszy prezes tego portalu Sean Parker przyznał: „Bóg jeden wie, co to robi naszym dzieciom”.

Hakiem na hakerów ma być rosnąca świadomość i wzbierająca fala oburzenia na działania gigantów IT. Chodzi o to, by zmusić ich do choć częściowego rozbrojenia, a więc zmian w systemach operacyjnych telefonów (głównie iOS i Android, czyli Apple i Google) oraz mechanizmach działania Facebooka, Instagrama czy Snapchata. Jedną kwestią jest okiełznanie powiadomień, które skłaniają nas do robienia rzeczy, których wcale nie zamierzaliśmy robić. Harris proponuje także, by zmodyfikować główne przyciski-funkcje w mediach społecznościowych. Np. przycisk „Skomentuj” zamienić – przynajmniej w przypadku burzliwych dyskusji na kontrowersyjne tematy – na przycisk „Spotkajmy się”.

YouTube czy Netflix miałyby z kolei zrezygnować z funkcji autoodtwarzania (gdy po zakończeniu jednego filmu następny uruchamia się automatycznie). A przynajmniej nie włączać tej funkcji jako domyślnej dla wszystkich użytkowników. „YouTube ma setkę programistów, którzy codziennie udoskonalają te algorytmy, aby jeszcze trafniej dobierały kolejne filmiki. Cel: jak najdłużej przytrzymać cię przy ekranie. I są w tym coraz lepsze, więc potrzeba coraz więcej wysiłku, by się im oprzeć – mówi Harris. – Algorytm nie pomyśli, że jest już druga w nocy i tak naprawdę powinieneś pójść spać”.

Smartfon jak papieros

Czekanie na skruchę skrytobójców niektórzy uważają jednak za naiwność. I wolą sami „pogarszać” swoje telefony, aby były mniej atrakcyjne. Temu służyć ma przestawienie ekranu na skalę szarości. Albo aplikacje w rodzaju Space, które dodają kilka(naście) sekund oczekiwania za każdym razem, gdy próbujemy uruchomić któreś z mediów społecznościowych. W ten sposób przerywają „błędne koło natychmiastowych gratyfikacji”.

Bardziej całościowe przejęcie kontroli nad tym, co próbuje kontrolować nas, zaproponowała ostatnio Arianna Huffington, czyli założycielka portalu „The Huffington Post”, uznawana za jedną z najbardziej wpływowych kobiet świata. Właśnie uruchomiła aplikację Thrive, która zgodnie z nazwą pomaga nam „prosperować”, „rozkręcać się” czy „kwitnąć”. Mniej poetycko opisywał to „Washington Post”: „Jeśli smartfony są nowymi papierosami, to Thrive jest nowym plastrem nikotynowym”.

Aplikacja ta starannie monitoruje czas, jaki poświęcamy innym aplikacjom, i prezentuje te dane w postaci tyleż efektownych, co raczej przygnębiających wykresów. Ile godzin tygodniowo spędzamy na przeglądaniu Facebooka? Ile razy otwieramy Twittera? Diagnoza to dopiero początek. Thrive pozwala ustalić limit czasu, po jakim odetnie nas od danej używki. 30 minut dziennie dla Facebooka, kwadrans dla Instagrama, i na tym koniec. Wreszcie sercem aplikacji jest tytułowy „tryb thrive”. Uruchamiając go, możemy ustalić, ile czasu potrzebujemy na skupienie się nad jakimś wymagającym zadaniem albo na spacer czy drzemkę. W tym czasie blokowane będą wszystkie przychodzące telefony, wiadomości i powiadomienia. Osoby, które próbują się z nami skontaktować, aplikacja automatycznie przeprosi za brak odzewu esemesem, wyjaśniając, że właśnie się „rozkręcamy”. (Najbliższych czy przełożonych możemy oczywiście dodać do listy wyjątków). Po określonym czasie Thrive z powrotem otworzy kanały komunikacyjne.

Krytycy tego typu rozwiązań mają wątpliwości, czy w epoce permanentnego dostępu i bycia samemu dostępnym znikanie z eteru nie spotka się z negatywnym odbiorem. Pomysłodawczyni Thrive uważa, że możliwość odłożenia telefonu z czasem stanie się nie tylko społecznie akceptowalna, ale będzie wręcz świadczyć o statusie. „Chodzi o to, by zachować najlepsze elementy telefonu, ale odzyskać możliwość odcięcia się, naładowania własnych baterii, zrobienia czegoś wymagającego skupienia albo po prostu zjedzenia na spokojnie obiadu z przyjacielem” – tłumaczy Huffington. Bardziej od jej argumentów przekonujący wydaje się jednak fakt, że swoją aplikację stworzyła we współpracy z Samsungiem, największym na świecie producentem smartfonów.