Google śledzi lokalizację naszych telefonów

Ocena użytkowników:  / 0
SłabyŚwietny 

Polityka.pl

Katarzyna Szymielewicz

Google śledzi lokalizację naszych telefonów, nawet jeśli ją wyłączyliśmy?

Google nie ukrywa, że chce działać w oparciu o ciągłe śledzenie i personalizowanie naszego doświadczenia, bo w tym widzi swoją innowacyjność i źródło zysku.

Google nie ukrywa, że wartością dla niego jest integrowanie danych i otaczanie użytkowników siecią usług i sensorów, które drobiazgowo mapują każdy obszar ich życiowej aktywności.

Po publikacji Associated Press internet przez kilka dni wzburzał się odkryciem, że Google śledzi lokalizację naszych telefonów, nawet jeśli podjęliśmy ten dodatkowy wysiłek i sprzeciwiliśmy się jej zbieraniu w ustawieniach systemu Android. Cóż, okazało się, że w złożonym ekosystemie usług Google jest jeszcze parę innych miejsc, które należałoby sprawdzić, żeby rzeczywiście śledzenie lokalizacji wyłączyć. A i wtedy nie możemy być pewni, że któryś z dziesiątków zostawianych przez nas cyfrowych śladów jej nie zdradzi. Do sądu w San Diego wpłynął już pierwszy pozew w tej sprawie, a kolejne zapewne pojawią się w Europie. O czym tak naprawdę jest ta rozmowa i czy rację mają użytkownicy – nadal oczekujący odrobimy prywatności – czy firmy, upierające się, że śledzenie jest „w pakiecie”?

Pozory w sieci mylą

Do niedawna mogło się wydawać, że Google to przede wszystkim świetnie skonfigurowana poczta elektroniczna, bardzo poręczna mapa w telefonie czy najpopularniejsza wyszukiwarka. Przyjemnie jest myśleć, że Facebook to spersonalizowana gazeta, która nieźle zgaduje, co mamy akurat ochotę przeczytać. Instagram obiecuje najlepsze zdjęcia w sieci i darmową galerię, w której każdy ma szansę zaistnieć. A WhatsApp – prywatną i błyskawiczną komunikację. Niby się zgadza z naszym doświadczeniem, ale to tylko część prawdy. Druga połowa jest mniej sympatyczna.

Od kiedy w Unii Europejskiej obowiązuje RODO (nowe prawo o ochronie danych osobowych), firmy przetwarzające nasze dane nie mogą już udawać, że „zgodziliśmy się na wszystko”, akceptując ich regulamin, i utrzymywać nas w błogiej nieświadomości co do tego, na czym w istocie polega ich model biznesowy. Zgodnie z RODO muszą wprost nam powiedzieć, co i w jakim celu zbierają, a także na jakiej podstawie prawnej to robią. Jeśli naprawdę uważają, że istotą ich usługi jest wyświetlanie sprofilowanych reklam – i dlatego potrzebują śledzić naszą lokalizację czy ruchy w sieci – muszą powiedzieć to wprost. Więcej, muszą być gotowe obronić tę tezę w sądzie.

W „opcji domyślnej” nadal śledzenie

Niestety, sądząc po politykach prywatności największych firm, są one zdeterminowane bronić modelu, w którym największą wartość mają nasza uwaga i dane. Dlatego w „opcji domyślnej” nadal jest śledzenie (łącznie z lokalizacją) i personalizacja doświadczenia (dotyczy to też reklam). Jeśli chcemy zadbać o prywatność, musimy wykonać dodatkowy wysiłek i zmienić ustawienia, a i to (np. na Facebooku) nie zawsze okazuje się możliwe. Trudno uciec od wrażenia, że istotę najpopularniejszych usług internetowych nadal wyznaczają potrzeby reklamodawców, nie użytkowników.

Oddajmy sprawiedliwość Google’owi. Firma od lat nie ukrywa, że chodzi jej o integrowanie danych i otaczanie użytkowników siecią usług i sensorów, które drobiazgowo mapują każdy obszar ich życiowej aktywności. Już w 2012 r. polityki prywatności wszystkich usług świadczonych przez Google zostały zintegrowane i ujednolicone. Mapy zaczęły mieć dostęp do danych zbieranych przez pocztę i wyszukiwarkę, i na odwrót – we wszystkich możliwych konfiguracjach. Mimo że ruch ten wywołał mocny sprzeciw europejskich regulatorów, firma wolała zaryzykować kary, niż się cofnąć. Google nie ukrywa, że chce działać w oparciu o ciągłe śledzenie (również naszej lokalizacji) i personalizowanie naszego doświadczenia, bo w tym widzi swoją innowacyjność i źródło zysku.

Google i Facebook nie wyobrażają sobie innego internetu

W globalnym duopolu Facebook wypada mniej przejrzyście – jako firma, której bardziej opłaca się utrzymywać swoich użytkowników w przekonaniu, że nie każdy ich ruch jest śledzony, a jeśli poczują się zbyt osaczeni na jednej platformie, zawsze mogą „uciec” na inną. Na poziomie podstawowych ustawień nie jesteśmy konfrontowani z tym, że przecież wszystko, co robimy na Instagramie, Messengerze, WhatsAppie czy samym Facebooku, karmi tę samą maszynę przetwarzającą okruchy naszego cyfrowego życia w spójne profile. Jeśli skorzystamy z opcji pobrania kopii swoich danych na którymkolwiek z należących do Facebooka portali, zobaczymy tylko fragment. Jeśli spróbujemy zweryfikować (w dostępnych oficjalnie ustawieniach) swój profil reklamowy, zobaczymy tylko wierzchołek góry lodowej – kilka, może kilkanaście generycznych kategorii zainteresowań, podczas gdy realna oferta Facebooka dla reklamodawców obejmuje tysiące wyrafinowanych i wąskich kategorii. Ostatnio firma poinformowała, że – m.in. w odpowiedzi na falę krytyki związaną z wykorzystywaniem jej danych w kampaniach politycznych – rezygnuje z 5 tys. kategorii marketingowych, które mogłyby prowadzić do dyskryminacji. Ile jeszcze zostało do wyłączenia? Nie wiemy.

Upór największych firm, by traktować śledzenie i profilowanie (zarówno serwowanych treści, jak i reklam) jako oczywisty element świadczonych przez nie usług, dowodzi, że zarządzający tymi imperiami nie wyobrażają sobie innego internetu. A jednak ostateczny głos w sprawie tego, czy np. domyślne śledzenie lokalizacji można uznać za „niezbędne” w świetle RODO i jakie praktyki marketingowe są „racjonalnie oczekiwane” przez samych użytkowników, będzie należał do sędziów i regulatorów.

Po fali nieprzyjemnego zdziwienia, jaką wywołały doniesienia w sprawie Google, możemy się spodziewać prawdziwego wstrząsu, kiedy kolejne śledztwo dziennikarskie czy sprawa sądowa objawi np. pełną skalę integracji danych w imperium Facebooka czy poziom ingerencji w naszą prywatność związany   z kategoriami marketingowymi, o których firmy internetowe do tej pory wolały nie rozmawiać. Korzystając z praw, jakie daje RODO, sami możemy je wywołać do takiej rozmowy, a jeśli znowu usłyszymy, że bez śledzenia nie ma „darmowego” internetu – wreszcie się sprzeciwić.

Katarzyna Szymielewicz – prawniczka specjalizująca się w problematyce praw człowieka i nowych technologii; prezeska fundacji Panoptykon.