Młodzi z pokolenia NIE!

Ocena użytkowników:  / 0
SłabyŚwietny 

polityka.pl

MŁODZI POLACY PODLICZAJĄ PAŃSTWO I GŁOŚNO MÓWIĄ „NIE”!

Pokolenie NIE

Dorosło nowe pokolenie, które chce traktować państwo serio. Nie zamierza dostosowywać się do systemu, ale egzekwuje swoje prawa. Nie chce pracować za grosze w nadziei, że kiedyś się poprawi. Czy ta strategia im się opłaci?

Próbką tego, jak myśli owe pokolenie, może być relacja pomiędzy młodymi lekarzami a Izbą Lekarską. Protesty rezydentów wchodzą w nową fazę. Postanowili sztywno trzymać się Kodeksu pracy. Co systemowi ochrony zdrowia grozi zawałem, a im samym – przymieraniem głodem, bo żyli z nadgodzin. 40-letniemu lekarzowi nie przyszłoby do głowy wymagać pomocy finansowej od Izby, choć każdy ze 150 tys. medyków w Polsce od lat składa tam comiesięczną daninę. Młodsi o 10 lat koledzy uważają, że to oczywiste. – Ludzie z tego pokolenia, 25–30-latkowie, są tak wyraźnie różni od poprzednich roczników, jakby to byli przybysze z innej planety – mówi Jarosław Kuisz, redaktor naczelny „Kultury Liberalnej”, historyk państwa i prawa, autor książki „Wypalone pokolenie”, która ukaże się za chwilę w druku.

Kuisz jest 40-latkiem i nauczycielem akademickim. Obserwował rówieśników, potem studentów sprzed 10 lat i wreszcie tych, którzy zaczęli przychodzić pięć lat później. Widzi, że to pokolenie inaczej traktuje pracę, inaczej rozumie słowo wolność, definiuje własne potrzeby, wreszcie zupełnie odmiennie, po nowemu, traktuje swoje państwo. Jeśliby – wzorem socjologów – spróbować nadać im jakąś łatkę, ci, którzy przyszli po Pokoleniu Babyboomu, po Iksach, Igrekach, zwanych Milenialsami (z tych ostatnich częściowo się wywodząc) – w każdym razie ci, którzy mają dziś po 25–30 lat – są z Pokolenia NIE!

Praca

Pierwsze NIE! powiedzieli w pracy. Przez dziesiątki lat w wielu zawodach, uznawanych za elitarne, obowiązywał pewien schemat: przychodzi się do szpitala, redakcji, kancelarii adwokackiej na prawach wyrobnika. Trzeba zapłacić frycowe. Zarabia się bardzo mało, pracuje ponad siły. Trzeba być elastycznym. Poświęcić się. Udowodnić swoją przydatność. Kolejne pokolenia wchodziły w te koleiny. – Ich rodzice pracowali bardzo intensywnie, ale mieli większe szanse, że zainwestowana energia się zwróci – mówi prof. Mirosław Filiciak, psycholog, m.in. szef projektu badawczego „Młodzi i media”. Było z grubsza wiadome, że teraz człowiek robi wszystko swoim kosztem, ale kolejnym krokiem będzie etat, potem wyższa pensja. Sukces.

W latach 2000. ten system się załamał. Gdy trochę starsi od nich spróbowali wejść do zawodów starymi metodami, okazało się, że etaty się skończyły. – A kolejne pokolenie młodych zdało sobie sprawę, że ścieżki szybkiego awansu, z jakich korzystali ich rodzice, już się nie powtórzą. Poczucie, że wszystkie karty zostały rozdane, zanim oni usiedli do stołu, rodzi frustrację.

Dziś 25-letni pracownik korpo, którego szef to 40-latek, ma przed sobą perspektywę 20 lat bez awansu. A często i bez etatu. Z nadzieją na osiągnięcie jakiej takiej niezależności finansowej w okolicach czterdziestki. Ich matki nierzadko czyściły toalety w Niemczech, żeby oni mogli skończyć studia. Udało się. Zrobili wszystko jak trzeba. Mimo to dalej muszą wyciągać rękę po pieniądze i być na garnuszku rodziców, zamiast im pomagać. – To straszne odpodmiotowienie tych młodych ludzi – mówi prof. Filiciak. – Przez lata zapewniano ich, że jak skończą studia, nauczą się języków i będą dobrzy w zawodzie, to będzie im się świetnie żyło, ale ta opowieść okazała się bajką. Na ich oczach marzenia o błyskotliwej karierze i domu za miastem przeistoczyły się w lęk przed wypaleniem zawodowym i kłopotami ze spłatą kredytu.

Nie widzą zatem powodu, żeby się poświęcać. – Ich rodzice, a przed nimi dziadkowie i pradziadkowie, całe życie mieli nadzieję, że „jak odzyskamy wolność, to będzie lepiej”, więc póki tej wolności nie było, zgadzali się ponosić koszty – dodaje Jarosław Kuisz. – Tylko tak przecież można wytłumaczyć zgodę społeczeństwa na plan Balcerowicza. Pokolenie NIE!, urodzone w wolnym kraju, już tej zakładki na wyrzeczenia nie ma, wyczynowy kapitalizm go nie interesuje, a transformację ustrojową uznało za zakończoną, zwłaszcza że jej nie pamięta. Zmieniło zatem radykalnie stosunek do pracy. Nie tylko odmawia płacenia frycowego, ale też deklaruje wprost: „dla mnie praca nie jest w życiu najważniejsza”. Mówi szefowi, że nie może zostać dłużej w firmie, bo o 18 ma jogę, a w weekend chce odpoczywać. Wyłącza telefon i nie odbiera maili po godzinach. Bardzo pilnuje swojego prawa do oddzielenia życia prywatnego od zawodowego (work-life balance).

Specjaliści od rekrutacji w dużych firmach opowiadają sobie ze zdziwieniem o pracownikach, którzy próbują narzucać dyrektorom HR godziny spotkań w sprawie o pracę – mogą tego i tego dnia, o tej porze albo wcale. Oczekują informacji zwrotnej o tym, czym firma zamierza ich sobie zjednać; nie respektują hierarchii, do potencjalnych szefów piszą albo mówią na ty; wchodzą w dyskusję i krytykują firmę, w której dopiero starają się o pracę – to im się nie podoba, tamto jest sprzeczne z ich systemem wartości. A potem – skaczą z kwiatka na kwiatek, średnio co dwa, trzy lata zmieniając miejsce pracy. Według niedawnych badań LinkedIn liczba firm, dla których absolwent pracuje w ciągu pierwszych pięciu lat po ukończeniu studiów, w tym pokoleniu niemal się podwoiła.

Dla szefów, 40- i 50-latków, czyli przedstawicieli pokolenia, które całe poczucie własnej ważności budowało na sukcesie w pracy, a na ludzi zbyt często ją zmieniających patrzyło podejrzliwie, stosunek NIE! do firm jest wręcz niewyobrażalny. – Jednak jest w tym racjonalność. Oni już wiedzą, że mogą żyć na niższym poziomie niż ich rodzice. A skoro upadła opowieść o niekończącym się wzroście i równych szansach, to praca zarobkowa po prostu nie może być całym ich życiem – mówi prof. Filiciak.

Jednocześnie starają się, żeby miała sens pozafinansowy. Pytają firmy, w których chcą się zatrudnić, o ich inicjatywy społeczne. Angażują się w wolontariat pracowniczy. Szukają nie tyle wyższych zarobków, ile szansy na rozwój i pracę, która daje poczucie samorealizacji i spełnienia, nie tylko w znaczeniu: „kariera”. Coraz częściej wybierają organizacje pozarządowe zamiast korpo. A jeśli już są w korporacji, to po pracy wyżywają się w wolontariacie. W domach dziecka, placówkach opiekuńczych, hospicjach, schroniskach dla zwierząt.

Wakacje

Drugie NIE! powiedzieli konsumpcji. Ich rodzice po nader skromnym życiu w PRL byli zachłanni na wszystko. Na domy, samochody, wyjazdy zagraniczne, ciuchy, gadżety. Dzisiejszych młodych dorosłych cechuje raczej minimalizm i brak chęci posiadania. Nie odczuwają gwałtownej potrzeby kupna mieszkania czy samochodu. Mogą wynająć mieszkanie, jeździć Uberem lub wynajętym rowerem.

Z badań dr. Michała Cebuli i dr Aleksandry Perchli-Włosik z Uniwersytetu Wrocławskiego wynika, że choćby kupując ubrania, robią to zupełnie inaczej niż o kilka lat starsi rówieśnicy. Tamci szukali głównie dobrej jakości, urodzeni w końcówce lat 80. i na początku lat 90. kierują się niską ceną. Dla więcej niż połowy to, prócz wygody ubrań, główne kryterium zakupów. Markowe rzeczy wybiera tylko co siódmy (dla porównania, wśród kilka lat starszych Polaków – co czwarty). Na trzecim miejscu kryteriów wyboru jest, żeby ubrania były „ciekawe” (pokolenie wyżej tym kryterium kieruje się co piąty). Wyjątek robią dla smartfonów i laptopów – te muszą być markowe, jakościowe. Ale to dla nich zupełnie podstawowe narzędzie potrzebne do życia, bo 80 proc. Polaków z tego pokolenia śpi ze swoim smartfonem.

Nie wydają na ubrania, bo ich nie stać. Ale też, nawet jeśli mają pieniądze, to wiedzą, że za chwilę mogą stracić pracę i zostać bez kasy. Nie przywiązują wagi do symboli statusu, do marki, logo – całe ich pojęcie wolności opiera się na tym, żeby nie być przywiązanym do pieniędzy i przedmiotów. Na portalach społecznościowych piszą o minimalizmie, redukcji potrzeb, pozbywaniu się rzeczy. – Zwrot w stronę wartości pozamaterialnych jest u nich wyraźnie widoczny – mówi prof. Filiciak. – Dla lewicowych młodych to często jest ekologia, dla tych liczniejszych po prawej stronie – historia, a raczej jej podkolorowana wersja, powrót do silnych tożsamości narodowych.

Paradoksalnie, jest im tym łatwiej odrzucić korporacje i kariery, że są pierwszym pokoleniem, które nie musi walczyć o swoje za pomocą pazurów. Ma coś jak poduszkę bezpieczeństwa: rodziców, którzy czegoś już zdołali się dorobić. W powojennej Polsce nie było większych pieniędzy, klanów i rodów, po ustrojowej transformacji zdobywanie pracy było walką o przetrwanie; nie zarobiwszy, traciło się mieszkanie i lądowało na bruku. Pokolenia NIE! to ryzyko już tak mocno nie dotyczy. Często rodzice kupują im mieszkania albo chociaż pomagają w obsłudze kredytu, dokładają do głodowej pensji stażysty, aplikanta czy rezydenta.

Odpowiedzialność

Państwo – jak mówią – traktują serio. I dlatego niektórzy z nich właśnie powiedzieli mu: NIE! Ich rodzice powtarzali im, że są ważni i że ich potrzeby mają priorytet przed innymi, ale też traktowali ich – właśnie – poważnie. Zamiast wychowywać za pomocą pasa, rozmawiali z nimi, negocjowali. Nawet pytali o radę, gdy szło o komputery, internet czy poważniejsze zakupy do domu. – To pokolenie, które – uśredniając – było wychowywane już inaczej, także dlatego, że często lepiej od rodziców orientowało się w nowej rzeczywistości. Pomagali wybrać odpowiedni abonament na telefon albo mówili, jaki sprzęt kupić – dodaje prof. Filiciak. – Przez to w większym stopniu byli dla starszego pokolenia partnerami.

Powszechnie mają też trochę więcej wiedzy psychologicznej niż rodzice. Doskonale rozumieją, co to szantaż emocjonalny, nadodpowiedzialność, uwikłanie emocjonalne i tak dalej. Teraz pytają: dlaczego własne państwo szantażuje nas i wikła? Niby dlaczego to my mamy się narażać, skoro to państwo nie radzi sobie z jakimś problemem?

Pokoleniowy bunt młodych lekarzy na naszych oczach może doprowadzić do krachu w służbie zdrowia. Rezydenci, którzy teraz pracują po 200 godzin tygodniowo, a więc de facto za czterech, do końca listopada rezygnują z klauzul opt-out w swoich umowach, czyli ze zgody na pracę w wymiarze przekraczającym 48 godzin tygodniowo. Będą pracować tylko tyle godzin, na ile zezwala Kodeks pracy. Próbkę efektów można już zobaczyć.

W Goleniowie właśnie zamknięto porodówkę, bo nie ma komu pracować. W Proszowicach 23 rezydentów złożyło wypowiedzenia w proteście przeciw zmuszaniu ich do brania po kilka dyżurów z rzędu; zaapelowali do kolegów, by nie zatrudniali się w tym szpitalu i nie łamali ich strajku. W Grudziądzu 8 listopada był dniem bez rezydenta – wszyscy wzięli urlop na żądanie. W Klinicznym Szpitalu Wojewódzkim nr 2 w Rzeszowie 88 rezydentów wycofało zgodę na klauzulę opt-out i też nie ma komu leczyć.

Owe klauzule wymyślono w chwili wejścia Polski do Unii, kiedy okazało się, że gdyby zacząć przestrzegać unijnego prawa pracy, system zdrowia się zawali. Starsi koledzy uważali za oczywiste, że na żądanie szefów, wreszcie własnego państwa, dostosują się. Państwo miało jeszcze ponad dekadę, by zająć się problemem, ale się nie zajęło. Aż przyszło kolejne pokolenie i powiedziało: NIE! Argumentują logicznie. To, co proponuje państwo, jest ryzykowne zarówno dla lekarzy, którzy umierają z przepracowania, jak i dla pacjentów, którymi zajmuje się nieprzytomny z niewyspania medyk. – Dla nich państwo to my, a budżet to są wspólne pieniądze – tłumaczy Jarosław Kuisz. – I dlatego młodzi lekarze nie mówią do rządzących „dajcie 6,8 proc. na ochronę zdrowia”, tylko stwierdzają, że w budżecie są różne pozycje i proponują: „dokonajmy przesunięć, tak żeby zwiększyć nakłady na zdrowie”. Używają zaimka „my” bo to przecież nasza sprawa i nasze wspólne pieniądze.

Szybko podliczyli też swoje państwo. Skoro według raportu OECD niższe wydatki na ochronę zdrowia niż Polska mają w Europie tylko Rumunia, Bułgaria, Chorwacja i Łotwa, logika młodych jest jasna: podniesienie nakładów na zdrowie do 6,8 proc. PKB uwolni system od patologii. Mówią: to niewiele większy wydatek niż roczny koszt programu 500+.

Wybór

Kolejne NIE! mogą powiedzieć Polsce jako krajowi zamieszkania, i o tym wiedzą. Są pozbawieni kompleksów i otwarci na świat. – Nawet jeśli czegoś nie potrafią, nie przeszkadza im to, mają w nosie. Uważają, że sobie dadzą radę, i na ogół dają. Nie można ich kupić byle czym czy zastraszyć – mówi Michał Pozdał, psychoterapeuta, 40-latek, zajmujący się terapią młodych dorosłych. Większość jego klientów to właśnie ludzie w wieku 25–30 lat.

Nie ma w nich lęku przed instytucjami. – Gdy ja byłem w szkole, nauczyciel mógł poniżać uczniów, i myśmy się bali. Dziś nie ma takich sytuacji, bo oni się na to po prostu nie zgadzają – dodaje terapeuta. W ich pokoleniu trafili się byli maturzyści, którzy podawali do sądu komisje egzaminacyjne, jak w Krakowie (maturzystka była bardzo zdziwiona, że nikt przed nią nie pozwał komisji), albo uczniowie, którzy skarżyli licea o mobbing (jak w Warszawie, w 2008 r.; proces wygrany).

W Europie nie czują się gorsi. Nie zmagali się nigdy z potransformacyjnym mitem Zachodu, który towarzyszył ich rodzicom, a nawet starszemu o kilka lat rodzeństwu. Mit ten łączył przekonanie o zwycięstwie dobrej Ameryki nad złym Związkiem Radzieckim, dóbr materialnych nad biedą, ale także przeświadczenie, że ludzie urodzeni w zachodniej Europie są lepsi, bardziej etyczni, moralni, a nawet atrakcyjniejsi fizycznie. – My i nasi rodzice zmagaliśmy się z tym mitem przez wiele lat – mówi Jarosław Kuisz. Młodzi, urodzeni w wolnej Polsce nie mają powodu sądzić, że są gorsi niż Francuzi, Brytyjczycy czy Grecy, ponieważ znają ten Zachód, który nie był dla nich nigdy odgrodzony żelazną kurtyną.

Co więcej, dziś to ów Zachód zgłasza się do nich. Rezydentów z Polski werbowano nawet podczas protestu głodowego. Do Dziecięcego Szpitala Klinicznego przy Żwirki i Wigury w Warszawie, centralnego punktu głodowego protestu, częściej niż przedstawiciele resortu zdrowia i rządu zaglądali przedstawiciele zagranicznych pracodawców z Austrii, Szwajcarii, Norwegii, na dzień dobry oferując pensje w wysokości 4 tys. euro. Polscy informatycy są rozchwytywani, technicy różnych dziedzin nie mają problemu z zajęciem; naukowcy służą talentami na niejednym uniwersytecie. Specjaliści od tresury koni, geodeci, weterynarze, spece od marketingu, fryzjerzy i spece od kostiumów – zaraz znajdują pracę. Polskim pielęgniarkom szwajcarskie szpitale proponują stypendium (bezzwrotne) na czas studiów i opłacenie kursu językowego.

Poprzednie pokolenia rozumiały jeszcze, gdy ich dziadkowie mówili, że emigracja to rodzaj zdrady wobec państwa. Młodzi, z których większość zaliczyła choćby Erasmusa za granicą, słysząc podobną kwestię, szeroko otwierają oczy. Ci, którzy zostają w Polsce, robią to tylko dlatego, że chcą. Dla Pokolenia NIE! zostać to dziś nie mniej świadoma decyzja, niż wyjechać. Według GUS pod koniec 2016 r. na emigracji (dłużej niż trzy miesiące) przebywało 2 mln 515 tys. obywateli Polski. O 118 tys. więcej niż rok wcześniej. Większość to młodzi.

Wartości

Przy okazji protestów młodych lekarzy znów dostało się temu pokoleniu, że niemoralni, egoistyczni, rozpieszczeni. Usłyszeli wręcz, że nadużywają takiej formy protestu, jaką jest głodówka. Józefa Hrynkiewicz, posłanka PiS (ta od słynnego „Niech jadą!”), wyznała, że czuje się „obrażona przez młodych lekarzy tym, że stosują metody, które naprawdę są do walki o niepodległość, o suwerenność ojczyzny, o wolność obywateli. Oni są wolnymi ludźmi”. Niemal wtórowała jej Dominika Wielowieyska, dziennikarka i córka opozycjonisty: „Strajk głodowy jako forma protestu powinien być zarezerwowany dla obrony wartości fundamentalnych, a nie własnych pensji”.

Tylko że dla ludzi z Pokolenia NIE!, co wyraźnie podkreślają, wartością fundamentalną jest właściwe wykonywanie swojego zawodu. Jeśli są lekarzami – leczenie zgodnie ze standardami, a nie udawanie, że się leczy. Odrzucają, zdaje się, ten specyficzny rodzaj dostosowania się, zgody na tymczasowość, jakie były charakterystyczne dla starszych generacji. Zanim ogłosili protest, złożyli projekt ustawy obywatelskiej, ale nic z tego nie wynikło. Teraz siłę daje im wsparcie, jakie w mediach społecznościowych mają dla nich rówieśnicy – imający się różnych zajęć w różnych branżach przedstawiciele tego samego pokolenia.

Do tej pory wszystkie badania pokazywały, że młodzi Polacy są indywidualistami, myślą bardziej w kategoriach „ja” – jak się wybić, niż „my” – jak zmienić system – mówi prof. Filiciak. – Ten protest młodych to jaskółka nadziei. Po raz pierwszy chcą razem rozmawiać z rządzącymi o regułach gry.

Na niekorzyść przemawiało dotąd ich umiarkowanie w debacie. – Wszystkie protesty, w których bierze udział to nowe pokolenie, były łagodne w formie i treści – dodaje Jarosław Kuisz. I przypomina: ACTA, potem lipcowe protesty w obronie niezawisłości sądów. Trudno się dziwić. Już od rewolucji francuskiej generacje porewolucyjne były łagodniejsze w obyczajach. – Z tych samych powodów młodzi dotychczas przeganiali polityków. Nie odpowiadał im język i sposób prowadzenia debaty – dodaje Kulisz. A prof. Filiciak tłumaczy, że stąd bierze się ich polityczne niezaangażowanie. Albo głosowanie na Korwina czy Kukiz’15. To głos na NIE!, próba wstrząśnięcia zabetonowaną sceną polityczną. Ku zaskoczeniu wszystkich pokoleniowy protest młodych lekarzy ciągle się rozwija.

Tymczasem niezrozumienie działa w obie strony. To, jak Pokolenie NIE! rozumie sprawiedliwość (np. przestrzeganie Kodeksu pracy) czy wolność (np. od niewolniczych relacji i odpowiedzialności za sprawy, na które nie ma się wpływu), jeszcze wymyka się pojmowaniu starszego pokolenia. – Ale to oni mają lepszą optykę. Nam, poprzednim pokoleniom, cały czas się wydaje, że to nasze państwo jest nierzeczywiste – kwituje Jarosław Kuisz. W dodatku ci młodzi za kilkanaście lat, a może szybciej, znajdą się wśród polityków, decydentów; połowa pracowników będzie z ich pokolenia. Może przyszedł więc czas, aby przyjrzeć się bliżej ich racjom i sposobowi myślenia. Choćby po to, aby kiedyś mniej się dziwić.

                                                                                                                                                                                                     AGNIESZKA SOWA