Logowanie do dziennika elektronicznego

Ile relacji potrzeba, żeby nie czuć się samotnym?

Ocena użytkowników:  / 0
SłabyŚwietny 

Ile relacji potrzeba, żeby nie czuć się samotnym?

Prof. Aldona Żurek, socjolożka, o tym, jak dzisiejsza demografia sprzyja samotności w rodzinie i poza nią.

Joanna Cieśla: – Pisze pani, że przed poczuciem samotności chroni posiadanie czterech relacji czy związków z innymi ludźmi.
Prof. Aldona Żurek: – Ale te relacje muszą być satysfakcjonujące, bliskie, intymne. To jest niezbędne, żebyśmy się dobrze czuli.

Dlaczego cztery, a nie na przykład siedem?
Dokładniej pewnie wyjaśniliby psychologowie. Jako socjolog mogę powiedzieć, że Polacy pytani o ważne dla nich osoby zwykle wymieniają podobną liczbę: współmałżonek, dziecko, matka – to już troje. I większość z nas ma przynajmniej jednego przyjaciela. Czyli nieźle.

Ale pisze pani też, że na poczucie osamotnienia są mniej narażeni ci, którzy mają dużo silnych i słabych więzi, niż ci, którzy mają tylko silne.
Chodzi o różnorodność. Różne rodzaje więzi służą różnym celom. Poza tym, silnych więzi zwykle ma się mniej. Ktoś, kto ma tylko takie, jest bardziej narażony na ich utratę.

Utarło się przekonanie, że żyjemy dziś bardziej samotnie niż kiedyś.
Zależy, jak odległą przeszłość ma pani na myśli. W XIX w. 30 proc. ludzi nie zawierało małżeństw, bo nie było ich na to stać. Kobieta nie miała szans na zamążpójście, jeśli nie miała posagu, a mężczyzna nie miał szans na ożenek, jeśli nie miał za co utrzymać rodziny. Musiał więc być albo z bogatego domu, albo zdobyć porządny zawód, a w tym celu wcześniej się wykształcić. To wymagało czasu, dlatego różnica wieku między kobietami i mężczyznami w małżeństwach wynosiła ok. 10 lat. Zmiany – upowszechnienie małżeństw, zawieranie ich w podobnym, na ogół dość młodym, wieku przez oboje partnerów – to wszystko nastąpiło dopiero w latach 30. XX w. Wcześniej wielu ludzi pracowało na służbie w zamożniejszych rodzinach, a własnych nie zakładali.

XIX w. był więc wiekiem singli?
Nie tylko XIX. Single i singielki, jeśli nazywać tak osoby, które nie mają partnera czy partnerki, istnieli zawsze w znacznej liczbie. Po prostu w ostatnich dwóch dekadach przestaliśmy uznawać taką sytuację za oczywistość.

A także za wyraz życiowej porażki. W czym nieżonatych i niezamężnych utwierdzili spece od marketingu, zainteresowani sprzedażą półlitrowych kartonów mleka.
Tak, to prawda – pod warunkiem że jest to singielstwo wśród przyjaciół. Taki jest obowiązujący wzorzec. Paradoksalnie dziś więcej niż kiedykolwiek rozmawiamy o singlach i singielkach, choć małżeństwa zawiera się częściej niż w poprzednich stuleciach. I – to kolejny paradoks – oczywiście nie oznacza to, że jesteśmy lepiej chronieni przed samotnością. W tych młodszych związkach może akurat za wiele samotności nie ma, bo gdy ona się pojawia, to się po prostu ze związku wychodzi. Ale wśród starszych generacji, z małżeńskim stażem na poziomie 20–40 lat, okoliczności mogą sprzyjać poczuciu wyobcowania. Zwłaszcza jeśli to były małżeństwa zawierane po krótkich znajomościach. Wie pani, ile wynosił średni czas trwania narzeczeństwa w latach 70. i 80.?

Pół roku?
3 miesiące. Szybko pojawiało się dziecko i wchodziło się w rutynę życia codziennego. Ci ludzie zaczynali na siebie patrzeć nie poprzez swoje osobowości, tożsamości indywidualne, ale poprzez pełnione role – matki, ojca itd. Gdy potem te role się redukują, dzieci odchodzą, zostaje para 50-latków, którzy patrzą na siebie w zdumieniu: „Jaki ja błąd w życiu zrobiłam? Co my mamy ze sobą wspólnego?”. Jeżeli w ich środowisku silne normy zakazują rozwodzenia się po tylu latach, to takich dwoje samotnych ludzi żyje obok siebie.

Trzydziestolatki też tak tkwią. Związani kredytami we frankach.
To z pewnością poważny problem tego pokolenia – lecz nie najbardziej powszechny. Z perspektywy socjologa ważniejsza jest powszechność indywidualizmu, właściwa dla tego pokolenia, a niespotykana w poprzednich. Bo ci młodzi od swoich małżeństw czy związków oczekują już czego innego niż rodzice. Oczekują teraz prawa do samodzielności, niezależności. Bardzo liczne pary nie kłócą się o pieniądze ani inne sprawy techniczne – ale o to, że druga strona nie daje im możliwości wyrażenia siebie. Że ich ogranicza. Klasyczny motyw indywidualistyczny.

Jeszcze pokolenie, dwa pokolenia temu mężczyźni zawierali związki po to, by dostać obsługę na poziomie gospodarstwa domowego, a kobiety, by mieć środki utrzymania. Życie rodzinne traktowano jak szczepionkę: musi boleć, ale nie ma wyjścia i nikt się tym specjalnie nie przejmuje. Poczuciem samotności też. Z jednej strony to naprawdę lepiej, że teraz ten walor użyteczności już nie przesłania tego, z kim mamy do czynienia. Jednak z drugiej, ciągle mało mamy wskazówek, jak się zachowywać przez dekady w tych związkach, których podstawą mają być uczucia, emocje. Zwłaszcza że, o ile kiedyś „dopóki śmierć nas nie rozłączy” oznaczało 20 lat, o tyle dziś oznacza nawet 50 lat – podwójne dożywocie. I niemal wszyscy doznają przez ten czas uczuć ambiwalentnych – w pewnym sensie się kochają, ale w jakimś sensie także nienawidzą.

Zresztą to przestawienie akcentów na emocje nie dotyczy tylko związków damsko-męskich. Posiadanie dzieci też straciło już wymiar utylitarny – dziecko przestało być użyteczne w takim sensie, że trudno oczekiwać, iż zajmie się rodzicami na starość, bo go nie ma, jeśli wyjedzie na przykład do Australii. Walor dziecka to dziś wyłącznie zaspokojenie potrzeb emocjonalnych.

Co więcej, i w tej sprawie nowy porządek społeczny zaskakuje. Bo te 20-, 30-latki, potencjalni rodzice, o potrzebach emocjonalnych wiele myślą oraz mówią – lecz mało realizują. Wśród badaczy socjologów mówi się raczej, że jeśli nie uda się doprowadzić do tego, by młode kobiety i mężczyźni naprawdę, autentycznie uruchomili w sobie potrzebę emocjonalnej bliskości, to najlepsze programy socjalne nie poprawią wskaźników demograficznych. I nie będzie dzieci.

Czyli mamy paradoks? Z jednej strony – wynieśliśmy kwestie emocjonalne na miejsce najważniejszych współczesnych potrzeb, a z drugiej, że te potrzeby powszechnie blokujemy?
Nie jest to paradoksem, jeśli uwzględnimy właściwą dla powszechnego obecnie indywidualizmu potrzebę bycia pozytywnie ocenionym. Jeśli jestem w środowisku, w którym należy mieć 100–200 znajomych na Facebooku – a ja te standardy spełniam, to na pewno nie nazwę siebie osobą samotną. Tyle wystarczy.

A potem może być jak na Facebooku u Krystyny Jandy, która zamieściła niedawno przejmujący wpis: późnym wieczorem odezwała się do niej pani, której w pierwszej chwili nie rozpoznała. Kiedyś były przyjaciółkami, ale nie widziały się 40 lat. Następnego ranka tamta pani szła na operację serca. Zadzwoniła do aktorki z pytaniem, czy ta nie mogłaby jej towarzyszyć w tym trudnym momencie, bo z mężem się rozstała, a dzieci nie chciała martwić.
Polskie społeczeństwo jest familiocentryczne, rodzinę uznaje za wielką wartość, ale jak pani zacznie drążyć, to niekoniecznie musi świadczyć o sile naszych relacji. Formalna więź wcale nie musi przekładać się na bliskość. Reakcją przyszłej babci na to, że będą wnuki, może być tylko zachwyt – bez względu na to, w jakim wieku ona sama jest. Także gdy pojawia się konieczność opieki nad starszymi rodzicami, uznaje się za oczywiste, że dzieci będą ją świadczyć, niezależnie od okoliczności.

Ale zmiany struktury demograficznej – gdy normą stają się rodziny w składzie mąż, żona i dziecko – ten model nie wytrzyma. Osoby z mojego pokolenia, 50 plus, choć czują jeszcze siłę formalnych zobowiązań, to jednak mają możliwość wymieniać się tymi zobowiązaniami z braćmi i siostrami. Ale nie będzie już możliwe w społeczeństwie jedynaków, by to jedno dziecko zajęło się obojgiem rodziców, a do tego ich rodzicami. Czyli już w następnym pokoleniu.

A jeżeli nawet presja społeczna okaże się wciąż wystarczająco silna, by ich do tego przymusić, to koszt może okazać się za duży. Paradoksalnie, łącznie z utratą wszystkich innych więzi. Czyli, mówiąc językiem psychologii, zasobów, z których można czerpać siłę do życia i pokonywania trudności.

Czyli jednak czeka nas zinstytucjonalizowanie opieki nad coraz starszymi rodzicami?
W jakimś zakresie na pewno. Instytucjonalna, profesjonalna opieka nad małymi dziećmi to też relatywnie nowe rozwiązanie, a niemal dla wszystkich jest już oczywiste, że powinna ona być standardem. Być może dochodzimy do momentu, kiedy i z tym się oswoimy. To będzie korzystne dla całego społeczeństwa – ale pod warunkiem, że uda nam się wsparcie, realizację potrzeby bliskości, wzajemne zainteresowanie oddzielić od typowych opiekuńczych czynności. Że wyprzęgając się częściowo z obowiązku, uda nam się utrzymać więź, bliskość.

Mycie własnego rodzica też może być intymnym, budującym, więziotwórczym doświadczeniem. To duża wartość w życiu – ale pod warunkiem, że nie staje się, powtarzanym w kolejnych wariantach i wobec kolejnych osób, niewolnictwem pokolenia jedynaków. A także pod warunkiem, że w ogóle potrafi się wejść w tę bliskość.

Nie umiem odpowiedzieć na pytanie, czy uda się wyważyć te wartości – bliskość emocjonalna kontra bliskość w tym praktycznym sensie. Natomiast wiem z całą pewnością, że ludzie będą żyli w innych konfiguracjach społecznych. Wobec zmian, o których mówiłyśmy, większego znaczenia nabiorą np. relacje rówieśnicze.

To znaczy?
Być może normą stanie się to, co w tej chwili widuje się w wielkich miastach wśród młodych ludzi: że wynajmują w kilka osób jedno mieszkanie, trochę na zasadzie komuny, trochę luźnego koleżeństwa. Ustalają jakieś zasady wspólnotowe. Choć w kontekście wspomnianego jedynactwa trzeba się liczyć z tym, że takie życie z innymi będzie nieść trudne wyzwania. I to nie tylko te oczywiste – więź biologiczna jest dobrą, naturalną podbudową dla więzi emocjonalnej, nawet jeśli finalnie nie zawsze udaje się ją utrzymać. A jak to będzie wiązać się z obcymi?

W dodatku jeśli całe pokolenia jedynaków nie będą miały wczesnego rodzinnego treningu dochodzenia do rozwiązań polubownych i radzenia sobie w sytuacjach ekstremalnych, wyrośnie społeczeństwo złożone z ludzi niezbyt zdolnych do tworzenia i utrzymywania relacji. Nie mieli sposobności, by trenować umiejętności społeczne i międzyludzkie. Ani w domu, ani nawet na podwórku nie potrafią zaprzyjaźniać się i właściwie dbać o te relacje.

A szkoły? Szkoły są zbiorowe.
Ale gdy już idzie się do szkoły, czas na uczenie się takich społecznych umiejętności się kończy. W szkole to dorośli określają, jak funkcjonować. Przerwy trwają 5–10 minut. Zajęcia się kończą i już rodzic bierze potomka i prowadzi na angielski czy gitarę. Jak taki mały człowiek ma zatem nabrać umiejętności odczytywania nastroju drugiego człowieka z subtelnych sygnałów? Jak mają ćwiczyć się w empatii i innych kompetencjach miękkich? Potem w kształceniu na poziomie wyższym wykładowcy mają wytyczne, żeby 20-latków uczyć pracy w zespołach – a to jest jakiś absurd!

A na jeszcze dalszym etapie w izolację popchnie tych ludzi kultura korporacyjna. Korporacje pożądają kompetencji miękkich, ale jednocześnie są tak pazerne na zaangażowanie i czas pracowników, że praktycznie uniemożliwiają im funkcjonowanie prywatne. W Stanach Zjednoczonych jakiś czas temu furorę zrobiła książka Roberta Putnama „Samotna gra w kręgle”. Jej autor opisuje, jak Amerykanie, którzy byli bardzo otwarci na społeczności lokalne, zaczynają grać w kręgle w pojedynkę. A oprócz tego coraz mniej się angażują w działalność kościołów, w akcje sąsiedzkie, w życie szkół, do których chodzą ich dzieci. W Polsce mamy inny punkt startu – nigdy specjalnie się nie angażowaliśmy w życie społeczne, poza grupami zaufania złożonymi z rodziny czy przyjaciół. Jednak splot różnych społecznych trendów może doprowadzić nas do podobnego punktu – powszechnej samotności i związanej z nią frustracji.

W opisach amerykańskiego społeczeństwa zwraca się jednak uwagę, że znaczna część jego osławionego zaangażowania zmieniła swoją formę. Nadal istnieje, tylko realizuje się poprzez internet.
Oczywiście. Ale grupy czy społeczności powstające za pośrednictwem sieci mają zupełnie inny charakter niż te tradycyjne. Są doraźne, służą załatwieniu konkretnych spraw. I takie wspólne zaangażowania rzadziej dają też początek dłuższym, trwającym lata, relacjom z innymi ludźmi niż wspólne uczestnictwo na przykład we wspólnocie sąsiedzkiej albo – jak w Polsce – w kółku różańcowym. A to właśnie ma znaczenie, jeśli zastanawiamy się nad budowaniem więzi czy profilaktyką samotności.