Logowanie do dziennika elektronicznego

 

Ile lektur do przeczytania?

Ocena użytkowników:  / 0
SłabyŚwietny 

polityka.pl

Katarzyna Czajka

Sześć lub siedem lektur dla licealisty to dużo czy mało? Podejdźmy do sprawy inaczej

W sieci rozgorzała dyskusja na temat tego, czy sześć lub siedem książek w ciągu roku do przeczytania dla licealisty to dużo czy mało.

Oto moje przemyślenia, wynikające z doświadczenia nie tyle zapalonego czytelnika, ile osoby, która chodziła do średniego liceum i miała zarówno czytających, jak i nieczytających znajomych.

Po pierwsze, odłóżmy na razie na bok licealistów czytających, lubiących czytać, wychowujących się w czytających rodzinach, mających dostęp do książek. Cała ta grupa nie jest w tym momencie problemem – oni mogą czytać i dwanaście książek. Nadal istnieje duże prawdopodobieństwo, że wyrosną z nich zagorzali czytelnicy.

Po drugie, miejmy w pamięci, że w Polsce trwa pogłębiający się kryzys czytelnictwa. Co prawda młodzież czyta, ale wyrastają z niej nieczytający dorośli. Oni też mieli lektury w szkole (nawet więcej niż obecnie), więc mamy potwierdzenie, że sama liczba książek do przeczytania w szkole nie przekłada się na wzrost czytelnictwa.

Po trzecie, pochylmy się nad tempem czytania osoby nieczytającej. Podczas gdy dla kogoś, kto czyta dużo, jedna powieść to maksymalnie dwa–trzy dni, osobie nieczytającej ta sama czynność zajmie około tygodnia. Jeśli tekst jest trudny (załóżmy, że językowo „Lalka” jest trudna dla współczesnego nastolatka), czas ten może się wydłużyć do dwóch tygodni. Co daje nam nie sześć wieczorów w roku, a dwanaście tygodni czytania.

Po czwarte, nie zapominajmy, że lektura to – jak mówi dowcip – „nie książka”. Nie dlatego, że nudna czy zła. Ale dlatego, że czytana z przymusu. A o tym, jak bardzo zmienia on podejście do tekstu, najlepiej świadczą nasze dorosłe odkrycia. „Lalka” czytana dla przyjemności robi się jeszcze lepsza, a „Nad Niemnem” staje się czymś więcej niż nudnym opisem przyrody. Jednocześnie sami wzdychamy, kiedy musimy przeczytać coś do pracy, nawet jeśli nas to interesuje. Przymus wiele zmienia. Przeczytanie sześciu książek w ciągu roku to pikuś, ale bycie do tego zmuszonym jest czymś innym.

Po piąte, najgorzej czytający uczniowie spędzą najprawdopodobniej najwięcej czasu, ślęcząc nad tym, czego czytać nie chcą. W ten sposób idealni czytelnicy nam nie wyrosną. Mogliby, gdybyśmy coś im za ten wysiłek oferowali, np. bardzo dobre omówienie lektury, które w pewien sposób pokazałoby im, że wysiłek miał cel. A to bardzo ważne dla współczesnego młodego człowieka – znajomość celu podejmowanych działań. Ale tu przechodzimy już do zmniejszenia liczby godzin lekcji języka polskiego. Zatem lektura zostaje pobieżnie omówiona, a wysiłek nie jest nagrodzony.

Po szóste, my mieliśmy więcej lektur. Ale kto z ręką na sercu powie, że wszystkie te lektury czytał? I nie mówimy o nas samych (wszyscy wszystko czytali z wypiekami na twarzy, np. większość moich znajomych to humaniści, a gros to pisarze), ale o znajomych posiłkujących się brykiem. A te były w każdej księgarni, w każdym kiosku, bo uczniowie tego potrzebowali.

Po siódme, zmniejszenie liczby lektur przy ich lepszym i bardziej twórczym omówieniu nie musi skończyć się spadkiem czytelnictwa. Wręcz przeciwnie. Dobrze omówiona lektura może zachęcić do dalszego czytania. Przez ostatnie lata żyliśmy w przeświadczeniu: „Iluż to my lektur nie mamy”. Skoro to jednak nie zdało egzaminu, może czas na coś innego? Podążanie za hasłem: „Bo tak było za naszych czasów”, raczej nie przyniosło w ostatnich latach spektakularnego wzrostu czytelnictwa. Czyli coś jest nie tak z systemem. I jeśli nie zaczniemy przyglądać się temu, co nie działa, niczego nie naprawimy.

Po ósme... Tak zupełnie szczerze, poza omówieniem jakiejś olbrzymiej liczby wierszy, nie mam wrażenia, żebym przeczytała dużo więcej w ciągu jednego roku w klasie licealnej niż sześć lektur. Wypada jedna obszerniejsza książka raz na dwa miesiące. Ale przecież program języka polskiego to nie tylko grube tomiszcza, ale też przegląd epok literackich, lektura wierszy i innych utworów poetyckich, sylwetki twórców, elementy gramatyki. Język polski to trochę więcej niż czytanie lektur. Podobnie jak uczestnictwo w kulturze to więcej niż czytanie. Zapytajcie, ile razy licealista zechce pójść do teatru czy na koncert!

Zgadzam się, cudownie byłoby żyć w kraju, w którym każdy licealista czyta powieść w dwa dni i można mu podsuwać mnóstwo tekstów, mając pewność, że przeczyta, zachwyci się tam, gdzie powinien, i nie napotka na problemy językowe. Ale nie żyjemy w takim kraju. I zamiast śmiać się z młodych ludzi, którzy przecież (na co wskazują badania) nawyk nieczytania przejęli głównie od rodziców, czas przysiąść i poważnie porozmawiać. Bo robimy coś nie tak w szkolnej propedeutyce czytelnictwa. Jakoś nie umiemy przekonać nieczytających do czytania. Nie tracimy co prawda tych, którzy już czytają, ale pozyskujemy bardzo mało nowych. A na nich musimy się skoncentrować. I żadne „Panie dziejku, ja więcej czytałem” na to nie pomoże.