Fjord Camp saneczkarzy.

Ocena użytkowników:  / 5
SłabyŚwietny 

Kolejny raz przekonałem się jak człowiek jest „ mały” w porównaniu do otaczającego nas świata. Głównie mam na myśli naturę. Jest wspaniała, genialna, cudowna, brak słów nachodzi gdy widzimy coś co zapiera dech w piersiach.

Po szybkim zastanowieniu się stwierdzam : tak dużo oferuje nam natura a my nie umiemy z niej korzystać ?

Nie chcemy? czy nie mamy czasu?

Na szczęście jest „SMS”… a co to takiego ten SMS ?

Oj taki skrót :

Szkoła motywacji szkolnej,

szkolny mini klub sportowy,

szkoła mistrzów sportu,

                                     

Szkoła motywacji saneczkarzy , ten ostatni pasuje najbardziej dla mnie samego, gburowatego, upartego trenera ze starych , zamierzchłych czasów czyli z lat 80 i 90 kiedy życie było jakieś inne i zasady , którymi się kierowaliśmy były jasne i proste.

Dziś naprawdę ciężko młodemu człowiekowi tak prosto myśleć i być sobą, bo wzorce też są jakieś inne.

                                     

Saneczkarze jak co roku wyjeżdżają na pierwszy tor lodowy do pięknej miejscowości Oyer obok Lillehammer. Nie zawaham się użyć stwierdzenia, ze to już tradycja. A wedle tej tradycji i pewnych uwarunkowań trzeba zagwarantować dużą dawkę emocji zawodnikom. Jest takich dwóch co „ukradli” to złe słowo, ale zapożyczyli było by właściwe od zaprzyjaźnionych krajów europejskich i amerykańskich, u których tygodniowe wypady w góry są naturalne i mają spełnić wiele zadań a w gruncie rzeczy ugruntować współprace w grupie sportowej. Nauczyć ich razem żyć i pomagać sobie nawzajem oraz tworzyć relacje w różnych okolicznościach przyrody. Oczywiście są kraje „bogate”, które jeżdżą do hiszpańskiej Fuerteventury czy Barcelony, ale nas czyli SMS nie stać na taką rozrzutność. Dlatego idąc za wzór mistrzów olimpijskich, mistrzów świata i europy w saneczkarstwie „musimy” to znowu złe słowo, bo chcemy zorganizować tak wiele w krótkim czasie podróży do miejsca treningowego.

                                      

Ktoś właśnie niedawno został „dziadem” czyli popularnym dziadkiem i odkrywa zupełnie inne życie niż mu się wydawało jeszcze pół roku temu a ktoś inny ma dwóch synów. Krótko mówiąc 3 i 5 latek równa się temu , że nie ma czasu na nic .

„Rozmowy nocą” to nie polski film tylko rzeczywistość trenera , który chce wyznaczać standardy pracy i nie „odcinać kuponów” więc ja 30 letni on prawie 50 letni… (znowu mi się dostanie za odmładzanie trenera Tomka ) za dnia planujemy, rozmawiamy i jesteśmy „głodni „ bo chcemy jak najwięcej pokazać zawodnikom, że życie polega na ciągłej podróży i zdobywania różnych doświadczeń.

                                       

Tak więc ci nieugięci(sarkastyczni) wciąż „ piękni i młodzi”(utwory tej grupy nie pozwalają zasnąć) a propos już niedługo studniówka więc trzeba zrobić przekrój polskiego disco polo, żeby być na czasie… a więc godziny planowania, czytania blogów podróżniczych oraz rozmów telefonicznych, aby zaplanować trasę. Nie było to łatwe, ale powiem głośno po to jest szkoła: ma uczyć , bawić i wychowywać. Koniec kropka.

Podróż jest prosta Karpacz-Świnoujście-prom do Treleborga i od Szwecji zacznijmy, bo w tym roku zawitaliśmy do dwóch wspaniałych miasteczek. Pierwsze to było Marstrand a drugie Fjalbacka.

                                         

Marstrand- mówią o niej wyspa bogaczy z przepiękną twierdzą. Wspaniała wyspa z pięknymi widokami gdzie znajduje się twierdza i zamek. Najbardziej znana wyspa z przepięknym portem i wspaniałymi kamienicami, restauracjami oraz pięknymi plażami. Robi duże wrażenie.

Kolejny przystanek to Fjallbacka i nie ma czasu na kawę...piękny port i widoki 150 wysepek dookoła robią wrażenie nawet na najbardziej wymagającym widzu.  Miasto stało się znane dzięki rozgrywającym się w nim lub w jej okolicach kryminałom, autorstwa pisarki  Camilli Läckberg.

Znowu auto, kawa, bułka, kabanosik a może coś słodkiego i w drogę przez noc do krainy wodospadów. Jedziemy przez zaspy, burzę śnieżną i tunele po 20 km…

Poranek śnieżny, ale w jak pięknych okolicznościach przyrody monumentalny Voringfossen jest to wielki 182 metrowy wodospad jak olbrzym i przeraża swoja pięknością. Było niesamowite jadąc z tego pięknego wodospadu na kolejne atrakcje 20 tunelami tak pokręconymi jak ślimak, ze klocki hamulcowe nie dawały rady i po „prostu” się paliły… w końcu po godzinie dojeżdżamy do miasta Eidfjord, które jest położone nad drugim co do wielkości fjordem i robi monumentalne wrażenie. Woda, góry i cisza to najlepsze połączenie.

                                    

Jest czasami takie coś w nas, że chcemy więcej i więcej. Gdy budzi się we mnie dziecko, które pomimo uwag rodzica …” Przemuś nie wchodź na drzewo bo spadniesz”… i tak wchodzi coraz wyżej.

I tak samo mamy co roku, im więcej widzimy tym nasze apetyty rosną w miarę podróżowania po Norwegii. Po krótkiej drodze dojeżdżamy do wodospadu jak z westernu o nazwie Tvindefossen, jest cudownie i pięknie można nacieszyć się widokiem , bo turystów brak. Na koniec dnia docieramy do miejscowości Flam gdzie wpływają największe statki wycieczkowe świata, bo głębokość wody to prawie 1400 metrów. Jedziemy wąską drogą gdzie jak na dłoni widać, że nie powinniśmy tam jechać bo wszystkie zakręty i szerokość drogi szutrowej jest na „lusterka” GPS Google maps szaleje nie wie gdzie jest… decydujemy się zostawić auto i iść pieszo 6 km do wspaniałego najpiękniejszego wodospadu Norwegii Kjosfossen niestety po długiej, wspaniałej i porywającej widokami mniejszych wodospadów docieramy w inne miejsce czyli na stacje kolejową, bo okazało się ze na wodospad dojeżdża pociąg. Niestety zbliżała się noc więc musieliśmy zmienić plany. Ale takich widoków na pewno nie zapomnę do końca życia. Czasami warto lekko zejść ze szlaku lub planu podróży. 

                                   

Wracamy do naszej bazy w Oyer trenujemy solidnie dwa razy dziennie przez kilka dni i widzimy, że przyszedł dzień kryzysu, zmęczenie jazdą na torze więc wyruszamy nad ranem na wyprawę w góry. Legendarne Besseggen leżące w jednym z najpiękniejszych parków narodowych Norwegii Jotunheimen.

Warto dodać, że w tym parku są największe góry Norwegii, a dwa największe szczyty to Galdhøpiggen(2469 m n.p.m.) i Glittertind (2452 m n.p.m.)

Miał być spacer po górach 4 godzinny a wyszła walka z trudnym szlakiem, ciężkimi warunkami, wspinaczce po łańcuchach, przechodzeniach przez wodospady, przy silnym wietrze oraz zaspami śnieżnymi sięgającymi po kolana. Na szczęście byliśmy dobrze przygotowani.

Powiem szczerze, że sam miałem wątpliwości czy dojdziemy, chciałem dwa razy zawracać, bo pogoda się zmieniała, ale takiej frajdy dawno nie przeżyłem i chyba żałował bym do końca swoich dni, że odpuściłem i tam nie doszedłem. Weszliśmy i widok nie do opisania. Wchodzisz widzisz i szukasz określenia i nie znajdujesz, upajasz się wspaniałą naturą. Być może za 30 czy 40 lat jak sobie pomyśle o tym miejscu to przytoczę stwierdzenie : „ żyj tak żeby powiedzieć przed śmiercią, że było warto”.

                                 

W sumie jestem najprawdziwszym Trollem, bo czuję się tam jak w domu. Przyjechałem tu po raz 34 i minęło już 20 lat jak tam zawitałem pierwszy raz, to myślę sobie, że mało wiem o tym miejscu. Co roku odkrywam więcej miejsc i więcej przeżyć.

W Norwegii jest jakoś inaczej, nie umiem tego opisać tak prosto, bo i po co krótko. Tam w tej mojej drugiej „ojczyźnie” nawet cisza jest inna-taka przerażająca i piękna. Nie wspomnę, że jako król trolli (przezwisko z 1998 roku) widziałem sporo, ale ta natura daje tyle radości, można się od niej uzależnić.

                             

A teraz coś o „ naszych” jeszcze nie jest tak źle w tej Polsce z młodzieżą… zrobiliśmy mały eksperyment z telefonami, kto ile wytrzyma bez telefonu dając alternatywę: szachy, warcaby, domino, karty oraz grę w państwa i miasta. Udało się przez kilka dni żyć bez telefonu no stop.

                             

Życie bez wi-fi też jest możliwe.

Kłania się nisko Troll z Cieplic.